Dr Tomasz Makarewicz tłumaczy, dlaczego chaos w polityce zagranicznej Donalda Trumpa oraz afera Jeffreya Epsteina uderzają dziś w same fundamenty jego przywództwa i zaplecza wyborczego.
Agnieszka Lichnerowicz: Zanim przejdziemy do głównego tematu naszej rozmowy, czyli tego, dlaczego afera z Jeffreyem Epsteinem jest tak destrukcyjna dla Donalda Trumpa, chciałabym zapytać o coś innego. Jak rozumieć wspólny amerykańsko-rosyjski plan dotyczący Ukrainy, znany z przecieków, który wydaje się skrajnie niekorzystny nie tylko dla Ukrainy, ale też dla bezpieczeństwa Europy?
Dr Tomasz Makarewicz: Zacznijmy od bardzo prostej obserwacji. Donald Trump nigdy nie był prezydentem, który godzinami analizował dokumenty, konsultował szczegóły z doradcami i zagłębiał się w niuanse polityki międzynarodowej. Zawsze otaczał się ludźmi, których lubił i którzy myśleli podobnie jak on. Mówił im „załatw to”, „zrób tamto” i interesował się sprawą tylko tak długo, jak dobrze wyglądała w telewizji.
Jeśli chodzi o Ukrainę, w jego otoczeniu od początku funkcjonowały dwie grupy. Jedna skupiona wokół Marca Rubio w Departamencie Stanu, druga bliżej Pentagonu. Pojawiła się też postać specjalnego wysłannika, który wcześniej zajmował się Bliskim Wschodem, a dziś odpowiada również za sprawy Rosji i Ukrainy. To osoba bez żadnego doświadczenia dyplomatycznego, prywatnie biznesowy znajomy Trumpa, z którym grywał w golfa.
Ten wysłannik nie rozumie przyczyn konfliktu ani jego realiów. To człowiek wychowany w luksusie, przyzwyczajony do hierarchii i feudalnego sposobu myślenia. Kiedy pojechał do Moskwy, zachwycił się imperialną narracją Kremla. Zakochał się w marmurach, w symbolice władzy i w opowieści, którą Rosjanie bardzo sprawnie sprzedają. Od tego momentu stał się w praktyce megafonem rosyjskiej narracji.
To tłumaczy, dlaczego polityka Trumpa wobec Rosji wydaje się tak niespójna. Jednego dnia mamy twarde sankcje, zgodę na użycie nowej broni przez Ukrainę, a następnego dnia pojawia się kompletnie sprzeczny plan pokojowy. Trump nie jest zainteresowany szczegółami. Dla niego pytanie, czy Kramatorsk będzie rosyjski czy ukraiński, jest abstrakcyjne. On chce po prostu móc powiedzieć, że jest pokój.
Najprawdopodobniej wyglądało to tak, że jego wysłannik przyszedł i powiedział: „Rosjanie chcą rozmawiać, może da się zrobić jakiś pokój”. Trump się ucieszył i uznał, że to wystarczy.
Ale to już nie pierwsza taka sytuacja. Trump wcześniej wstrzymywał wsparcie dla Ukrainy, co miało bardzo poważne konsekwencje. Teraz grozi ograniczeniem wsparcia wywiadowczego. Czego można się spodziewać ze strony Waszyngtonu?
Nie da się tego przewidzieć. To naprawdę zależy od tego, w jakim nastroju Trump obudzi się następnego dnia i kto będzie ostatnią osobą, z którą rozmawiał. To człowiek całkowicie nieprzewidywalny.
Wydaje mi się jednak, że nawet jeśli dojdzie do jakiegoś zwrotu, będzie on krótkotrwały. Rosja nie jest gotowa na realne ustępstwa. Rosyjskie komentarze wprost mówią, że nie interesuje ich tylko Donbas czy obecna linia frontu. Mówią o Charkowie, Odessie, całych obwodach. Na taki pokój nie zgodzi się Ukraina.
To oznacza, że Trump prędzej czy później znów poczuje się oszukany przez Putina. Wtedy do głosu wrócą bardziej rozsądni ludzie z jego otoczenia. Paradoksalnie dziś jednymi z najbardziej racjonalnych postaci są Marco Rubio i zawodowi dyplomaci z Departamentu Stanu. Oni doskonale wiedzą, że Rosji zależy przede wszystkim na wstrzymaniu amerykańskiej pomocy wojskowej i wywiadowczej, która jest dla Ukrainy kluczowa.
Najpewniej czeka nas kilka dni nerwowych reakcji, wizyty europejskich polityków w Waszyngtonie albo amerykańskich w Europie, a po dwóch tygodniach temat zniknie i wszystko wróci do punktu wyjścia.
Dlaczego afera Epsteina uderza w Trumpa
Przejdźmy do sprawy Jeffreya Epsteina. Dlaczego akurat ta afera jest dla Trumpa tak bolesna i dlaczego skrzydło MAGA zaczyna się od niego odwracać?
Partia Republikańska od dekad funkcjonuje jako polityczny reprezentant interesów kapitału. Zawsze miała więc problem z mobilizacją masowego elektoratu. Rozwiązaniem było budowanie panik moralnych i przedstawianie się jako obrońca świata białego, chrześcijańskiego Amerykanina. Przez lata były to kwestie aborcji czy upadku moralnego.
W ostatnich latach ten mechanizm wymknął się spod kontroli. Teorie spiskowe, które wcześniej były narzędziem mobilizacji, stały się dla części wyborców realnym obrazem świata. Trump jest pierwszym przywódcą republikanów, który sam w nie uwierzył.
Sprawa Epsteina idealnie wpisywała się w narrację: rządzą nami zdegenerowane elity, pedofile, oligarchowie. Ironia polega na tym, że w tej historii było ziarno prawdy. W Waszyngtonie istniało zblazowane środowisko elit politycznych, biznesowych, medialnych, a nawet akademickich, które się znały i wzajemnie chroniły. Część z nich najpewniej korzystała z usług Epsteina.
Dlaczego jednak uderzyło to akurat w Trumpa? Do tej pory był mistrzem przejmowania kontroli nad narracją. Każdy problem potrafił przedstawić jako spisek przeciwko sobie, a siebie jako ofiarę.
Tym razem było inaczej. Od początku był w tej sprawie chwiejny. Stracił kontrolę nad narracją w temacie, który jest fundamentalnie ważny dla jego elektoratu. Pokazał się jako przywódca niezdecydowany, niepewny, nie wiedzący, jak się zachować.
To właśnie dlatego ta afera okazała się dla niego tak groźna.
Powyższy wpis powstał na podstawie wypowiedzi dr. Tomasza Makarewicza w radiu TOK.FM. Zapraszamy do odsłuchu rozmowy.
Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.