Jak kulawy Kaczor Donald napadł na Iran i podpalił świat

przez Tomasz Makarewicz

Dr Tomasz Makarewicz w cyklu „Oko na dobrobyt” w OKO.press analizuje, dlaczego Donald Trump zdecydował się na atak na Iran i jak ten konflikt może być związany z jego słabnącą pozycją polityczną w kraju. Wojna, chaos w polityce zagranicznej oraz niespełnione obietnice gospodarcze stają się elementem szerszego kryzysu trumpowskiej prezydentury.

Nikt chyba nie wie, jaki właściwie jest cel wojny w Iranie. Jeśli jednak Trump zaatakował Iran, bo boi się syndromu „kulawej kaczki”, sprawa staje się jasna. Plan uratowania amerykańskiej gospodarki nie wypalił. Zwycięstwo w wyborach „połówkowych” może dać teraz tylko wojna. Jeśli nazwie się ją zwycięską.

Trzy tygodnie po ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran świat pozostaje w stanie niepewności. Nie wiadomo, ile ten konflikt będzie trwał i jaki przybierze charakter. Poprzednie naloty Trumpa z połowy 2025 roku miały skończyć się przecież wielkim sukcesem i – wedle słów Trumpa – „obliteracją” (czyli anihilacją) irańskich instalacji.

Teraz Waszyngton nie próbował w żaden sposób psychologicznie przygotować Amerykanów na nowy konflikt. Nie umieścił w regionie odpowiedniego kontyngentu wojsk lądowych. Stąd dodatkowe zamieszanie: ruchy amerykańskiej floty sprzed ataku wielu komentatorów traktowało jako formę dyplomatycznego nacisku na Iran. Dosłownie parę godzin przed nalotami minister spraw zagranicznych Omanu al Busaidi oświadczył, że Iran zgodził się na politykę „zero zapasów” wzbogaconych materiałów jądrowych, de facto rezygnując z fizycznej możliwości zbudowania i utrzymania broni atomowej.

A Trump zaatakował.

Chaos

Podstawowym problemem świata jest to, że nikt chyba nie wie, jaki właściwie jest cel tej wojny. Sami przedstawiciele Białego Domu przeczą sobie nawzajem i często zmieniają zdanie.

Doskonały przykład to kwestia Izraela.

Trzy dni po inwazji sekretarz stanu Marco Rubio powiedział, że Amerykanie spodziewali się, że Izrael zaatakuje Iran. W konsekwencji Iran by odpowiedział, a atak wymierzony byłby także w amerykańskie instalacje wojskowe w regionie. Dlatego Pentagon musiał uprzedzić bieg wydarzeń.

Problem w tym, że Rubio niechcący przyznał, że amerykańską polityką zagraniczną rządzi Netanjahu.

Najpotężniejsze nuklearne mocarstwo nie jest w stanie opanować liczącego 10 milionów mieszkańców Izraela nawet w sprawie wybuchu wojny o nieokreślonych konsekwencjach dla światowej gospodarki. Czyli wedle angielskiego powiedzenia, ogon macha psem.

Takiej wojny nikt nie chce

Nic dziwnego, że deklaracja Rubio wywołała burzę. Tyrania Izraela wobec Palestyńczyków oznacza, że od ponad dekady powoli spada poparcie dla Izraela pośród amerykańskich liberałów. Krwawy atak Hamasu z 7 października 2023 roku na moment odnowił sympatię Amerykanów wobec Tel Awiwu. Ale nieproporcjonalna, ludobójcza wobec Gazy odpowiedź rządu Netanjahu przyspieszyła erozję poparcia dla Izraela pośród liberałów i zainicjowała ją pośród wyborców niezależnych. Te dwie grupy mają „ujemny apetyt” na pakowanie się w kolejną „wieczną wojnę” na Bliskim Wschodzie.

Po prawej stronie, radykalne skrzydło MAGA może lubić Izrael za przemoc wobec muzułmanów. Skażone jest jednak także wirusem antysemickich teorii spiskowych, jakoby USA rządziła tajna kabała globalistów (czytaj: Żydów), którzy chcą zniszczyć białych ludzi. Jeśli potraktować wypowiedź Rubio na serio, to… przyznał radykałom rację. I jeszcze dodał, że Trump stał się teraz narzędziem owych rzekomych globalistów.

W efekcie Trump zaczął tracić nawet takich radykałów MAGA jak Matt Walsch czy Nick Fuentes, a w prawicowej medio-sferze wybuchła prawdziwa wojna domowa.

Trump musiał wycofać się rakiem, a Marco Rubio odbył kolejne tournée po mediach, udając, że nie powiedział tego, co powiedział. Problem w tym, że w nowej narracji wojnę wywołał sam Trump – a tej większość Amerykanów nie chce. Kiedy piszę te słowa, jest tak chaotycznie, że wciąż nie jest nawet jasne, czy Amerykanie zdecydują się na inwazję lądową, chociaż jednocześnie Waszyngton huczy od plotek, że Trump szuka opcji wyjścia z tej sytuacji z twarzą.

Skąd to całe zamieszanie?

Wydaje mi się, że w tej sprawie możemy zaufać Trumpowi. Otóż pod koniec 2011 roku Trump na Twitterze napisał: „aby wygrać wybory, Barrack Obama wywoła wojnę z Iranem”. Była to jednak nie tyle prognoza, ile projekcja i nieświadome wyznanie winy.

Uważam, że Trump zaatakował Iran, bo dopadł go syndrom kulawej kaczki.

Kulawa kaczka

W języku angielskim określenie lame duck (dosłownie kulawa kaczka lub kulawy kaczor) oznacza polityka, który za chwilę odejdzie z urzędu. Najsłynniejszy okres kulawej kaczki to dwa ostatnie miesiące kadencji amerykańskiego prezydenta, między listopadowym wyborem następcy i jego styczniową inauguracją. W tym czasie, stary prezydent zajmuje się głównie bieżącą administracją – formalnie pozostaje najpotężniejszą osobą na świecie, ale nie traktuje się go poważnie.

Wydaje się, że w ostatnich dekadach zaobserwować można, że okres kulawej kaczki rozciąga się poza tradycyjne dwa ostatnie miesiące.

Obama spędził ostatni rok na bojach z republikańskim Senatem. Ten na przykład zablokował nominacje sędziowskie. W ten sposób (wbrew zwyczajowi i duchowi konstytucji) zabierając prezydentowi jedną z jego najważniejszych funkcji i de facto przejmując konserwatywną kontrolę nad trzecią władzą, przede wszystkim nad Sądem Najwyższym.

Bidena zaczęto traktować jak chodzącego trupa w lecie 2024 roku, po katastrofalnej debacie z Trumpem, kiedy stało się jasne, że partia zmusi go do wycofania się z walki o drugą kadencję.

Wreszcie, ostatni rok pierwszej kadencji Trumpa to pandemia, z którą walkę Biały Dom oddał Izbie Reprezentantów z Demokratyczną większością.

W przykładach tych widać, że syndrom kulawej kaczki zwykle związany jest z dwoma czynnikami:

  • Po pierwsze, administracja w naturalny sposób zużywa się kolejnymi błędami, skandalami i wyzwaniami w polityce zagranicznej i gospodarczej. Przy odbywających się co dwa lata wyborach oznacza to, że prezydent ma rok na ofensywę legislacyjną, po którym jego partia zaczyna zajmować się prawyborami, a potem traci przynajmniej jedną izbę Kongresu. Pozostała część kadencji prezydenta zamienia się w czystą polityczną nawalankę z konkurencyjną partią, której marzy się odzyskanie Białego Domu.
  • Po drugie, brzemię prezydentury wyraźnie odciska piętno na kolejnych prezydentach. Każdy z nich zaczyna mieć problemy ze zdrowiem lub wizerunkiem, powoli wytraca osobisty kapitał polityczny. W ten sposób staje się toksyczną dla własnej partii kulawą kaczką.

Naszym nieszczęściem jest to, że ten syndrom dopadł Trumpa znacznie wcześniej niż jego poprzedników.

Projekt Trumpa na rok 2025

W trakcie ostatniej kampanii wyborczej Trump oparł swój program dla Ameryki o dwa filary.

  • Jego administracja miała wprowadzić prawicowy zwrot w polityce gospodarczej.

Od deregulacji, przez demontaż administracji publicznej, po obniżki podatków. I żeby nie było wątpliwości co do tej części programu, firmował ją Elon Musk, najbogatszy człowiek świata. Obiecywał ściąć budżet federalny o dwa biliony dolarów, czyli o ponad jedną czwartą. Na tym w zasadzie kończył się dobrze sprecyzowany program gospodarczy, w innych aspektach dostaliśmy ogólne obietnice, że Trump magicznie posprząta po Bidenie.

Symbolem tego stała się dyskusja o służbie zdrowia – w trakcie jedynej debaty z Kamalą Harris, Trump zaatakował Obamacare, ale jako alternatywę był w stanie zaoferować tylko „zarys planu” (concept of a plan ). A jednak ów koncept planu, wraz ze zmęczeniem po fali inflacji i domyślnym przekonaniem wyborców, że republikanie lepiej znają się na gospodarce, wystarczyło, aby przyciągnąć do Trumpa wyborców niezależnych i wygrać wybory.

  • Drugi filar programu politycznego Trumpa skierowany był wprost do rdzenia jego elektoratu: wieczne wojny kulturowe.

W trakcie kampanii wyborczej, obok starych „hitów” jak obsesja konserwatystów na punkcie społeczności trans, najgłośniejsze okazały się ataki na Amerykanów pochodzących z Haiti. Czytelnicy mogą pamiętać słynne rasistowskie (i oczywiście kompletnie wyssane z palca) „oni jedzą psy” z debaty wyborczej.

Najwyższy Przywódca obiecał MAGA przyspieszenie

Kiedy przysłuchać się otoczeniu Trumpa, ale też i anegdotycznym rozmowom z jego wyborcami, dla ruchu MAGA pierwsza kadencja Trumpa wiązała się z jednym ważnym rozczarowaniem. Trump w 2016 roku zwyczajnie nie był przygotowany do przejęcia najtrudniejszego urzędu świata.

Brakuje mu głębi intelektualnej czy wiedzy o świecie, co maskuje butną pewnością siebie i skłonnością do personalnych walk o funkcję „samca alfa” – mówimy w końcu o gwieździe reality show. Do tego ruch MAGA nie był nigdy w stanie przyciągnąć ludzi kompetentnych. Dlatego Trump musiał część funkcji powierzyć starej gwardii Republikanów, jak Mike Pompeo czy John Bolton. W efekcie dostaliśmy groteskową administrację, która miotała się od skandalu do skandalu, a cały ten cyrk ostatecznie zderzył się z górą lodową pandemii.

Problem w tym, że w kulcie jednostki nie wolno kwestionować geniuszu Najwyższego Przywódcy. Właśnie dlatego wyborcy MAGA i otoczenie Trumpa wypracowali sobie wymówkę: Trump, przez brak odpowiedniego radykalizmu, miał pozwolić zdrajcom w Partii Republikańskiej, a potem Demokratom, sabotować swoje kolejne poczynania, a w końcu sfałszować wybory w 2020 roku. Innymi słowy, wojny kulturowe należy przyśpieszyć, aby oczyścić Waszyngton z „konserwatywnych trockistów”. A do tego trzeba symbolicznie i systemowo ukarać zdradzieckich liberałów. I Trump obiecał takie przyśpieszenie, najlepiej wyrażone w Projekcie 2025.

Spełnione obietnice

Po wygranej z Kamalą Harris, Trump z zapałem zaczął wprowadzać w życie oba filary swojego programu. Najważniejszy dorobek legislacyjny pierwszego roku (jeśli nie całej) jego kadencji to One Big Beautiful Bill, który szczegółowo opisałem w OKO.press w tekście sprzed roku.

Pokrótce, ta ustawa to program degresywnych obniżek podatków, z których skorzysta przede wszystkim najwyższy decyl zarabiających. Pieniądze na to miały się znaleźć kosztem setek miliardów z cięć różnych dóbr publicznych, w szczególności służby zdrowia, oraz z kilku bilionów dolarów dodatkowego długu publicznego.

Na początku kadencji Trump powołał Departament Rządowej Efektywności (DOGE) na czele z Elonem Muskiem, który zaczął ciąć politycznie niepoprawne programy rządowe. Od pomocy żywnościowej dla ubogich krajów, po badania medyczne mające jakikolwiek związek z terapiami hormonalnymi. Problem w tym, że ten Departament (powołany zresztą nielegalnie) pracował chaotycznie i ewidentnie bez zrozumienia celów tych programów, nieraz kosztem konserwatywnych wyborców.

Walka z pomiarami temperatury

Jednym z tradycyjnych pól wojen kulturowych pozostaje kwestia globalnego ocieplenia. Trump kadencję zaczął od ataku na akademię i środowiska ekspertów od klimatologii (pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy konserwatyści walczyli o wolność słowa na uniwersytetach?). Jedną z pierwszych ofiar była NOAA (Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna), której DOGE obciął środki na mierzenie temperatury (i w domyśle – zakresu globalnego ocieplenia), w szczególności na balony meteorologiczne.

Problem w tym, że NOAA wykonuje takie pomiary temperatury, bo jednym z jej głównych zadań jest… prognozowanie pogody. Na przykład, publikuje ostrzeżenia przed huraganami i powodziami, informacje z oczywistych powodów bezcenne dla rolników i rybaków. A ci w 2024 w większości zagłosowali właśnie na Trumpa.

To tylko jeden z długiej listy przykładów bezsensownych cięć w usługach publicznych, jakie wprowadziła przypadkowa zbieranina pozbawionych kompetencji „techno-ziomów”. Koszty ponoszą często akurat bardziej konserwatywni Amerykanie. Do tego DOGE nie spełnił swojego podstawowego celu. Zamiast obiecanych przez Muska dwóch bilionów dolarów oszczędności, otrzymaliśmy najpewniej kilka, może kilkanaście miliardów, a więc w zasadzie kwotę ledwo zauważalną w kontekście całego federalnego budżetu.

Bezsensowne cła

Ostatni element polityki gospodarczej Trumpa to cła (pisałem o nich szerzej rok temu).

OBBB, niezależnie od oceny, było dobrze zdefiniowaną ustawą budżetową, a DOGE mogło działać przypadkowo, ale jednak z jasno określonym celem. Cła to już czysty chaos, bez jasnego uzasadnienia, ze stawkami zmieniającymi się z tygodnia na tydzień i – po ostatniej decyzji Sądu Najwyższego – bez podstawy prawnej. Z punktu widzenia polityki gospodarczej,

trumpowe cła to odwrotność darmowego lunchu, czyli kosztowny obiad, którego się nawet nie zjadło.

Dostaliśmy wszystkie negatywne efekty wyższych ceł, przede wszystkim inflację, na którą skarży się dwie trzecie Amerykanów (w tym także prawie tyle Republikanów oraz wiele firm). Wedle szacunków FED-u same zwyżki ceł z pierwszej połowy 2025 roku oznaczały dodatkowe pół punktu proc. wzrostu cen. Do tego zabrakło jasnej polityki przemysłowej, dlatego cła, które w zamyśle miały wzmocnić amerykański przemysł, tylko mu zaszkodziły.

Lepiej już było

Polityka gospodarcza Trumpa sprowadziła się więc do transferu do najbogatszych, ceł i osłabieniu federalnych instytucji gospodarczych. Wbrew obietnicom wyborczym, nie przełożyło się to na boom ekonomiczny. W ostatnim kwartale ubiegłego roku amerykański wzrost gospodarczy zwolnił do 0,7 proc. przyrostu PKB rocznie, co de facto oznacza stagnację (ostatecznie wzrost za cały 2025 rok wyniesie około 2 proc.). Widać to szczególnie na rynku pracy, który od 2025 roku wyraźnie przyhamował i zachowuje ten negatywny trend także w tym roku.

Ale perturbacje na amerykańskim rynku pracy współistnieją z rekordowymi zyskami na giełdzie. Dobry przykład to Standard&Poor 500 (indeks złożony z 500 największych amerykańskich spółek giełdowych), który w 2025 roku wzrósł o mniej więcej jedną szóstą, do rekordowego poziomu prawie 7000 punktów, czyli dwukrotnie więcej, niż przed pandemią. Innymi słowy, po pierwszym roku prezydentury Trumpa mamy wyraźny podział na zwycięzców (wąską grupę najbogatszych Amerykanów) i przegranych (resztę społeczeństwa, w szczególności klasę średnią i najgorzej zarabiających).

Gwoli sprawiedliwości, nie tylko Ameryka zmaga się ze spowolnieniem gospodarczym, na przykład gospodarka Unii Europejskiej powiększyła się w zeszłym roku tylko o 1,5 proc. Należy tu jednak podkreślić trzy ważne kwestie:

  • światowa gospodarka w zeszłym roku rosła jednak w przyzwoitym tempie 2,7 proc.;
  • Ameryka jest tu wyraźnie w tyle;
  • polityka Trumpa nie tylko nie pomogła amerykańskiej gospodarce, ale wręcz mogła zaszkodzić i jej, i gospodarce światowej, szczególnie w związku z chaotycznymi cłami.

Igrzyska zamiast chleba

W powyższym opisie widać wyraźnie, że poza „socjalizmem dla najbogatszych” i degresywnymi reformami podatkowymi, w polityce gospodarczej Trumpa i jego administracji znajdziemy zaskakująco mało, no właśnie, polityki gospodarczej. Za to ważnym jej elementem jest wojna symboliczna z rzekomo liberalnym establishmentem. Na przykład DOGE ciął „lewackie” programy federalne, podobnie Trump wielokrotnie podkreślał, że cła miały być zemstą na sojusznikach za rzekome „oszukiwanie Ameryki”.

Każdy tydzień oznaczał nowy chaos i nowy front wojny kulturowej, poza wspomnianymi wcześniej cięciami DOGE, administracja rozpoczęła boje na przykład o kontrolę nad uniwersytetami. Tu polecam wspaniały artykuł z „NYT” o tym, jak w obawie przed reperkusjami finansowymi i prawnymi amerykańska akademia zaczęła się autocenzurować.

Podobny proces widać w mediach, na przykład w sprawie popularnego komika Jimmiego Kimmela, który ośmielił się nie być odpowiednio wiernopoddańczy wobec tragicznie zamordowanego Charliego Kirka.

Kolejny front wojny to DEI

Ta nazwa to akronim angielskiego „różnorodność, sprawiedliwość, inkluzywność” (Diversity, Equity, Inclusion), czyli popularnego w korporacyjnej Ameryce programu, w ramach którego firmy starają się zdywersyfikować demograficznie zatrudnianie i proces awansu pracowników.

Jak to często bywa z korporacyjnymi modami, program ma swoje wady i „przesady”, ale konserwatywną reakcję trudno odróżnić od jakiejś parodii „anty-DEI”, wedle którego należy promować tylko białych mężczyzn. Doskonały przykład to szeregowy pracownik DOGE, o którym zrobiło się głośno, bo jego decyzją skasowano fundusze na szereg projektów naukowych rzekomo promujących DEI, w tym program badający kobiety-ofiary Holocaustu (!).

Innym przykładem, do którego jeszcze wrócimy, jest rewolucja kulturowa w amerykańskiej armii. Pete Hegseth, nowy sekretarz obrony, zaczął ciąć dofinansowanie na „projekty DEI”. Na przykład skończył z pokazywaniem dokumentu o tzw. Lotnikach Tuskegee kadetom w szkołach Sił Lotniczych. Lotnicy Tuskegee to pierwsi afroamerykańscy lotnicy w Ameryce, których odwaga w czasie II wojny światowej utorowała drogę do desegregacji w amerykańskim wojsku. Ale po co oficerowie mają znać historię własnych sił zbrojnych, jeśli nie dotyczy ona białych mężczyzn?

Jeszcze większym echem odbiła się wrześniowa konferencja w Quantico, w trakcie której Hegseth opowiadał amerykańskim generałom, jakoby amerykańska armia za bardzo skupiała się na „sprawiedliwości społecznej” (co w dyskursie konserwatystów jest określeniem ironicznym i pejoratywnym), politycznej poprawności i studiowaniu książek, a za mało na wojowniczości. Bo w końcu tak się właśnie wszystkim kojarzy amerykańska armia – z lewakami od sprawiedliwości społecznej.

I w końcu sprawa Epsteina

Nie sposób nie wspomnieć tu o najdłuższym rozdziale wojen kulturowych, czyli o sprawie Epsteina. Ważnym elementem kampanii wyborczej była obietnica Trumpa, że rozliczy „liberałów-pedofilów”. Problem w tym, że sam Trump należał do ścisłego grona znajomych Epsteina. Dlatego w administracji zapał do zajęcia się tą sprawą szybko minął.

Zamiast tego dostaliśmy sagę o FBI, które najpierw nie chciało upublicznić tzw. akt Epsteina, potem próbowało usunąć z nich zapisy inkryminujące prezydenta, a na koniec zaczęło wydzielać je i cenzurować. Ale nawet z tych okruchów wyłania się wyjątkowo niekorzystny obraz Trumpa, który wiedział o poczynaniach multimilionera Epsteina, a być może nawet brał udział w niektórych jego praktykach.

Te sprawy zwykle nie miały większego wpływu na życie normalnych Amerykanów. Ale energia, jaką administracja Trumpa poświęca na te wojny kulturowe, powoduje medialny chaos i poczucie, że Trumpowi właśnie nie zależy na materialnym dobrobycie całego społeczeństwa, i do zaoferowania ma tylko wieczną polaryzację i polityczną wojnę domową.

Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.


Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.

Podobne opinie i ekspertyzy

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Akceptuję Polityka prywatności