Grenlandia jako zasłona dymna? Trump wraca do starych gróźb w złym momencie

przez Tomasz Makarewicz

Donald Trump ponownie mówi o Grenlandii jako „strategicznej potrzebie” Stanów Zjednoczonych. Choć brzmi to jak geopolityczna deklaracja, w rzeczywistości może być próbą odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych, słabych sondaży i fiaska rozmów o Ukrainie. O tym, dlaczego temat wraca właśnie teraz i dlaczego raczej nie oznacza realnej eskalacji, mówi dr Tomasz Makarewicz.

Filip Kakusz:
Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump powołał w niedzielę specjalnego wysłannika do spraw Grenlandii. Tym samym wrócił do narracji sprzed około roku, gdy twierdził, że Stany Zjednoczone powinny przejąć Grenlandię ze względu na bezpieczeństwo narodowe. Wówczas pojawiały się także sugestie dotyczące aneksji Kanady jako kolejnego stanu USA. Sprawa później przycichła, a teraz amerykański przywódca znów ogłasza, że USA potrzebują Grenlandii. Czy to jest na poważnie?

Dr Tomasz Makarewicz:
Myślę, że odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Nie da się ukryć, że ta sprawa pojawiła się w bardzo zaskakującym momencie. Jak pan redaktor zauważył, wszyscy zdążyliśmy już o niej zapomnieć. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych dzieje się obecnie wiele innych rzeczy, które sugerują, że administracja prezydenta potrzebuje tematu odwracającego uwagę opinii publicznej.

W piątek Departament Sprawiedliwości ujawnił kolejną, choć tylko częściową, transzę akt w sprawie Epsteina. Kongres zobowiązał administrację Trumpa do ich ujawnienia. To, co pokazano, nie tylko nie zakończyło spekulacji na temat relacji Trumpa z Epsteinem, lecz wręcz je nasiliło. Zamiast pełnego obrazu opinii publicznej przedstawiono jedynie niewielką część dokumentów. W dodatku nie zawierają one wielu nowych informacji, poza zamieszaniem po lewej stronie sceny politycznej po publikacji zdjęć z Noamem Chomskym.

Znaczna część dokumentów została zaczerniona, przez co są one w praktyce nieczytelne. Było to do pewnego stopnia przewidywalne. Ustawa zobowiązująca do ujawnienia akt zawierała zapisy chroniące ofiary Epsteina. Mówimy o dziesiątkach, a być może setkach kobiet, którym zniszczono życie. Drugim powodem była konieczność nienarażania toczących się jeszcze śledztw.

Problem polega jednak na tym, że skala utajnienia jest bardzo duża, a w materiałach, które nie zostały ujawnione, nazwisko Trumpa praktycznie się nie pojawia. To rodzi pytania o zgodność całego procesu z procedurami oraz o to, czy Departament Sprawiedliwości nie próbuje czegoś ukryć. Tym bardziej że w przeszłości był już wielokrotnie oskarżany o podobne działania, a do mediów trafiają kolejne przecieki sugerujące, że sprawa może mieć drugie dno.

To jednak tylko część problemu. Trump ma obecnie bardzo trudny okres polityczny. Poza sprawą Epsteina dochodzą fatalne sondaże oraz wyniki wyborów cząstkowych, które sugerują możliwość powtórki z 2018 roku, kiedy stracił kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Jego notowania są dziś kilkanaście punktów procentowych poniżej zera.

Jest też temat, który jeszcze niedawno dominował w debacie publicznej, a nagle zniknął. Chodzi o możliwą wojnę z Wenezuelą. Na Morzu Karaibskim pojawił się nawet amerykański lotniskowiec, po czym temat szybko ucichł. Administracja Trumpa spojrzała na sondaże i okazało się, że taka wojna byłaby skrajnie niepopularna. Dotyczy to nie tylko ogółu Amerykanów, ale również elektoratu MAGA. Stąd spekulacje, że Grenlandia stała się kolejnym tematem zastępczym, który ma przykryć wcześniejsze plany obalenia rządu Nicolása Maduro.

Jest jednak trzeci element, który sprawia, że sprawy Grenlandii nie można całkowicie lekceważyć. Wątek ten pojawił się w trakcie negocjacji dotyczących Ukrainy. Administracja amerykańska, a zwłaszcza ludzie z bliskiego otoczenia Trumpa, byli przekonani, że są blisko porozumienia z Rosją. W tej wizji Rosja miałaby otrzymać Donbas, być może pojawiłyby się rozmowy o wewnętrznej polityce Ukrainy, a w zamian Kreml zgodziłby się na zawieszenie broni. Trump liczył zapewne na międzynarodowy sukces, być może nawet na Pokojową Nagrodę Nobla.

Rzeczywistość okazała się inna. Ukraina nie chce oddawać kolejnych terytoriów, co jest całkowicie zrozumiałe. Europa również nie była entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu. Co więcej, w zeszłym tygodniu Unia Europejska przyjęła ogromny pakiet pomocowy dla Ukrainy o wartości 90 miliardów euro. Choć komentatorzy skupiali się głównie na braku decyzji dotyczącej rosyjskich aktywów zamrożonych w Belgii, same środki są bardzo znaczące. Pozwolą one Ukrainie kontynuować wojnę przez co najmniej rok, a być może nawet półtora.

To wszystko mogło Trumpa po prostu zirytować. Europa nie naciska na Ukrainę w taki sposób, jakiego on by oczekiwał. W tym kontekście Grenlandia może być formą demonstracji siły, a nawet politycznym sygnałem pod adresem Europy. Jeśli tak stajecie w sprawie Ukrainy, to ja wracam do Grenlandii i sprawdzimy, jak wam się to spodoba.

Filip Kakusz:
Nie wiem, czy pytać o wszystkie poruszone wątki, czy skupić się wyłącznie na Grenlandii. Mamy jednak jeszcze półtorej minuty. Jak ta sprawa może się dalej potoczyć? Czy to kolejne polityczne grożenie palcem, czy możliwa jest eskalacja?

Dr Tomasz Makarewicz:
Nie wydaje mi się, aby groziła tu realna eskalacja. Bardziej prawdopodobne jest grożenie palcem. Wystarczy spojrzeć na osobę specjalnego wysłannika do spraw Grenlandii, Jeffa Landry’ego. To nie jest dyplomata, lecz gubernator Luizjany, człowiek bez doświadczenia w polityce międzynarodowej. Już sam ten wybór pokazuje, że nie mamy do czynienia z poważną inicjatywą.

Schemat działania administracji Trumpa jest zresztą dobrze znany. Najpierw pojawia się medialna burza, ostre deklaracje i groźby. Później z tej burzy spada co najwyżej niewielki deszcz. Widzieliśmy to w sprawie ceł, które ciągną się od miesięcy. Widzimy to w rozmowach o pokoju w Ukrainie, z których niewiele wynika. Widzimy to także w polityce wewnętrznej. Sprawa Epsteina jest tu najlepszym przykładem. Trump zapowiadał, że rozwiąże ją w kilka tygodni po objęciu urzędu. Tymczasem mamy grudzień 2025 roku i wciąż o niej rozmawiamy.

Powyższy wpis powstał na podstawie wypowiedzi dr. Tomasza Makarewicza w radiu TOK.FM. Zapraszamy do odsłuchu rozmowy.


Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.

Podobne opinie i ekspertyzy

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Akceptuję Polityka prywatności