Plan pokojowy z Iranem może być postrzegany jako kapitulacja Donalda Trumpa. Równocześnie rosyjska ofensywa w Ukrainie niemal stanęła w miejscu, a ukraińskie drony regularnie uderzają w Moskwę. Choć są to dwa bardzo różne konflikty, łączy je zaskakujący mechanizm. Analizuje go nasz ekspert Tomasz Makarewicz w artykule dla OKO.press.
Na początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku wielu komentatorów zakładało, że Ukraina musi tę wojnę przegrać. Bo jest mniejsza i słabsza.
W optyce wielu ekspertów małe państwa nie mają szans w starciu z supermocarstwami. W dodatku sprzyjający Moskwie komentatorzy do dziś lubią pisać o „specyficznej mentalności Rosjan”, którzy mają być gotowi do wszelkich poświęceń, aby uniknąć porażki.
Dziś widzimy, że było to zgubne myślenie.
A historia jest pełna przykładów sytuacji, kiedy małe państwa niespodziewanie ucierały nosa znacznie silniejszym mocarstwom, od zwycięstw greckich Polis nad Persami pod Maratonem i Salaminą, przez udane powstanie Szkotów na początku XIV wieku i grecką kontrofensywę w Albanii przeciw Włochom w 1941 roku, aż po kryzys o kanał Sueski i wojnę w Algierii jako symboliczny koniec brytyjskiego i francuskiego imperializmu.
Dla mocarstw to ważna lekcja: konfliktów z małymi krajami nie wygrywa się „z automatu”, a do tego formalne zwycięstwo może w dłuższej perspektywie okazać się zatrutym owocem.
Mit wszechmocnej Rosji
Mitem jest też to, jakoby Rosja zawsze wygrywała wojny. Tylko w XX wieku Moskwa przegrała konflikty z Czeczenią, Japonią i Polską. Od czasów rewolucji przemysłowej zaangażowana była w cztery zbrojne konflikty globalne – wojny napoleońskie, Wojnę Krymską i dwie wojny światowe – z których przegrała połowę. Pamiętajmy też o sowieckiej interwencji w Afganistanie. Konflikt ten był zapalnikiem rozpadu ZSRR oraz jego klęski w Zimnej Wojnie.
Zapomnieliśmy o tym prostym fakcie z winy Amerykanów. Po 1989 roku i upadku komunizmu wielu spodziewało się końca historii i konwergencji świata do liberalnego, demokratycznego kapitalizmu. W międzyczasie Stany Zjednoczone, lider nowego rozdania, w ciągu 15 lat spektakularnie wygrały dwie wojny z Irakiem Saddama Husajna (regionalnym mocarstwem militarnym) i wypchnęły Talibów do jaskiń w górach Afganistanu.
Z tej perspektywy, łatwo było zapomnieć o historii sprzed czasów Reagana, a klęskę wojskową ZSRR w Afganistanie zinterpretować jako wyraz moralnej i gospodarczej słabości komunizmu, oraz uznać, że USA odkryło wreszcie idealny przepis na bycie mocarstwem.
Dwóch Bushów
Pustynna Burza – uderzenie USA w Irak po ataku wojsk Saddama Husajna na Kuwejt – była historyczną anomalią. Wynikała ona ze szczególnej geografii Iraku, układu sojuszy Stanów na Bliskim Wschodzie, przewagi technologicznej USA w 1990 roku nad wyczerpanym dekadą konfliktów Irakiem.
A także – z perspektywy czasu – przenikliwości Busha seniora, który wiedział, jak idealnie wybrać moment na zakończenie tej wojny. Amerykanie weszli do Iraku, załatwili swoje ograniczone cele, uczciwie ogłosili zwycięstwo i zabrali żołnierzy do domu, zanim sprawy w regionie zaczęły się komplikować.
Tej przenikliwości zabrakło jego synowi.
Bush junior postanowił „dokończyć robotę”. Czyli obalić Saddama i zbudować Irak na nowo wedle polityki tzw. budowania narodu (nation building). Problem w tym, że cały plan sprowadzał się do zachwytu potęgą amerykańskiej armii i wiary w to, że samo obalenie dyktatora magicznie zamieni Irak w demokrację i sojusznika Waszyngtonu.
Po szybkim triumfie militarnym okazało się, że administracja Busha ma zarówno nikłe poparcie samych Irakijczyków, jak i mierne rozeznanie sytuacji politycznej w regionie. Skończyło się chaotyczną, nieraz wewnętrznie sprzeczną prowizorką, która szybko zamieniła się w tzw. damage control bez długofalowej wizji odbudowy kraju.
Dwie dekady, setki tysięcy ofiar, jeden ISIS i setki miliardów dolarów później, upokorzeni Amerykanie musieli wycofać się z Iraku, nie potrafiąc wskazać choćby jednego pozytywu, który wynikł z całego tego chaosu.
Trump, czyli polityka impulsu
Jeszcze w 2016 roku wydawało się, że Amerykanie potrafili wyciągnąć lekcję z własnych błędów. Obama postawił na unikanie bezpośrednich interwencji wojskowych na Bliskim Wschodzie, a Hilary Clinton obiecywała kontynuować tę politykę. Po drugiej stronie barykady Trump otwarcie krytykował za wojnę w Iraku neokonserwatywnych oponentów w prawyborach, szczególnie Jeba Busha.
Ten ponadpartyjny konsensus przełożył się na rzeczywistą politykę, Amerykanie powoli zwinęli swoją obecność w Iraku i potem (na początku kadencji Bidena) wyszli z Afganistanu.
Tu kryje się jednak ważny niuans. Popularne hasło o „wiecznych wojnach” (forever wars) sygnalizuje fakt, że wielu Amerykanów (szczególnie tych bardziej konserwatywnych) miało dość nie tyle wojen tak w ogóle, ile wojen przegranych, upokarzających Amerykę. To dlatego duża część elektoratu, od umiarkowanych liberałów po skrajną prawicę, zamiast izolacjonizmu, gotowa była wspierać Izrael czy „mikro-interwencje”, jak na przykład naloty na grupy Islamistów w Afryce i na Bliskim Wschodzie.
Najlepiej tę niejednoznaczność reprezentuje sam Trump, który w kampanii prezydenckiej 2016 roku twierdził, że inwazja na Irak była kosztownym błędem, dlatego… Ameryka powinna zabrać Irakowi ropę naftową.
Krótki miesiąc miodowy
To nastawienie wobec wojen okazało się decydujące na początku bieżącego roku. Katastrofalna polityka gospodarcza i społeczna Trumpa po silnej wygranej w 2024 roku szybko doprowadziła do końca „miesiąc miodowy” z wyborcami i do znaczących spadków w sondażach. Do tego ruch MAGA dekadą szalonych wojen kulturowych odstraszył „normalnych” fachowców, dlatego Trump otoczył się neokonserwatystami jak Marco Rubio, albo (pisząc bardzo dyplomatycznie) kompletnymi dyletantami jak Pete Hegseth.
Na początku 2026 roku Trump zdecydował się na eskapadę do Caracas i porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro. I chociaż jego notowania się nie poprawiły, sama akcja z czysto wojskowego punktu widzenia okazała się spektakularnie udana i (wedle słów Trump) „była dobrą telewizją”.
Nominalnie antywojenny ruch MAGA zareagował entuzjazmem na zdjęcia dyktatora Wenezueli w kajdankach, a Trump i jego otoczenie zaczęli szukać okazji na powtórkę. Nie znamy dokładnie przebiegu rozmów w Białym Domu, ale wszystko wskazuje na to, że okazję wykorzystał premier Izraela Benjamin Netanjahu, któremu wojna z Iranem marzy się przynajmniej od dekady.
Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.
Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.