Cztery gospodarcze lekcje na czwartą rocznicę trzydniowej Specjalnej Operacji Wojskowej

przez Tomasz Makarewicz

Prawie cztery lata po inwazji z lutego 2022 roku Rosja ma coraz większe problemy z mobilizacją wysiłku wojennego. „Rosja daleka jest od kapitulacji i wciąż ma potencjał na prowadzenie wojny, ale wojna ta to z wolna zaciskająca się garota na szyi Kremla” – pisze dla OKO.press Tomasz Makarewicz.

Powoli zbliża się czwarta rocznica Specjalnej Operacji Wojskowej (SOW), jak kremlowska propaganda eufemistycznie nazwała pełnoskalową napaść Rosji na Ukrainę. To dłużej, niż działania wojenne na froncie wschodnim w trakcie Pierwszej Wojny Światowej (licząc do traktatu brzeskiego i pomijając dalszą wojnę domową w Rosji) i Drugiej. Zwłaszcza to drugie porównanie przykuło uwagę komentatorów.

Pomimo początkowych klęsk, Armia Czerwona pomiędzy rokiem 1941 a 1945 pomaszerowała od Moskwy do Berlina i podbiła całą Europę Wschodnią. W samym ostatnim roku wojny, ZSRR przejął kontrolę nad Finlandią, krajami Bałtyckimi, Białorusią, Polską, zachodnią Ukrainą, prawie całymi Bałkanami i wschodnim połową Niemiec.

Tymczasem Rosja, której przywództwo otwarcie marzy o restauracji imperium radzieckiego, przez ostatni rok zajęła (i to chyba wciąż nie do końca) Pokrowsk, miasto o przedwojennej populacji 60 tysięcy osób, oraz kilka okolicznych wsi. Wszystko to kosztem setek tysięcy zabitych i rannych żołnierzy.

Pomimo kłopotów z siłą ludzką i przeciążoną gospodarką, Ukraina wciąż daleka jest do kapitulacji. Dzisiaj nie jest nawet oczywiste, jakim kosztem i czy w ogóle Rosja byłaby w stanie zająć cały Donbas, o dwóch pozostałych „zaanektowanych” obwodach – chersońskim i zaporoskim, nie wspominając.

Przypomnijmy, że na samym początku wojny większość analityków, zachodnie rządy oraz sam Kreml – wszyscy spodziewali się szybkiej klęski Ukrainy. Waszyngton i sprzymierzeńcy gotowi byli wysyłać Ukraińcom lekkie uzbrojenie do wojny szarpanej, ale już nie ciężki sprzęt, w obawie, że ten wpadnie w rosyjskie ręce wraz z dezintegracją SZU.

Komentatorzy spekulowali, czy Rosja zaanektuje całą Ukrainę, czy „zaledwie” okroi ją z lewego brzegu Dniepru i wybrzeża czarnomorskiego. Wydaje mi się, że w lutym 2022 roku mało kto na serio potraktowałby prognozę, że cztery lata później Rosja będzie związana krwawą wojną na wyniszczenie gdzieś w Donbasie, niewiele poza linią startu.

Z tej perspektywy, można się kłócić o to, w jakim stopniu sama obrona suwerenności jest już dla Ukrainy zwycięstwem – ale strategiczna klęska Rosji wydaje się oczywista.

Na ostatnim szczycie w Davos prezydent Finlandii Aleksander Stubb powiedział:

„Patrząc na to z rosyjskiej perspektywy, i gdyby Rosjanie byli uczciwi sami ze sobą, nie osiągnęli żadnego ze swoich strategicznych celów. (…) [Putin] uczynił Ukrainę europejską, (…) dodał dwóch nowych członków do NATO, Szwecję i Finlandię, (…) chciał podzielić Europę; ta jest bardziej zjednoczona niż kiedykolwiek wcześniej, (…) teraz będziemy wszyscy wydawać 5 proc. [PKB na bezpieczeństwo]. (…) Gospodarczo, mamy [w Rosji] stopy procentowe i inflację powyżej 10 proc. Mamy gospodarkę z zerowym wzrostem (…), której brak już rezerw (…). I dlatego pojawia się pytanie, jak długo będzie można to utrzymać?”.

Czy ta opinia jest prawdziwa? A jeśli tak, to dlaczego Putin nie próbuje na serio negocjować pokoju, wciąż zachowując się, jakby zwycięstwo miał w kieszeni? Z okazji czwartej rocznicy wojny chciałbym zaoferować Czytelnikom cztery lekcje, jakie ekonomista widzi w tym konflikcie.

Lekcja pierwsza: Rosja jest zmęczona (ale jeszcze nie wyczerpana)

Wielka wojna ojczyźniana

Porównania obecnej wojny z dwiema wojnami światowymi są w jednym istotnym aspekcie mylące.

Inaczej niż w latach 1914 i 1941, Moskwa nie zdecydowała się na pełną mobilizację gospodarki i społeczeństwa na wysiłek wojenny, zamiast tego stawiając na „pełzającą mobilizację” po udanej ukraińskiej kontrofensywie pod Charkowem.

Dwa filary pełzającej mobilizacji to

  • przestawienie przemysłu zbrojeniowego na maksimum przedwojennych możliwości produkcyjnych, a potem powolna rozbudowa tych możliwości;
  • oraz mobilizacja pracowników zbrojeniówki i żołnierzy za pomocą obietnicy wysokich zarobków i/lub wstępnych bonusów.

To wszystko było finansowane z olbrzymich zasobów kapitałowych, jakie Rosja zgromadziła jeszcze przed wojną (w szczególności Rosyjski Bank Centralny posiadał w rezerwie aktywa warte około 600 miliardów dolarów, a Fundusz Narodowego Dobrobytu dodatkowe 200 miliardów dolarów), oraz – tradycyjnie dla Rosji – ze sprzedaży zasobów energetycznych, których ceny gwałtownie wzrosły wraz z wybuchem konfliktu.

Pełzająca mobilizacja

Pełzająca mobilizacja miała ważną dla Kremla zaletę: pozwoliła finansować wysiłek wojenny, jednocześnie nie mobilizując bezpośrednio sektora prywatnego i przeciętnych Rosjan.

Co ciekawe, wypłaty dla żołnierzy w praktyce oznaczały olbrzymi program redystrybucji od bogatych oligarchów do uboższych regionów, zwiększając popularność wojny i psychologicznie łącząc ją z nagłym spadkiem biedy. Do tego ewentualne straty frontowe nie miały takiego negatywnego oddźwięku jak te z wojny w Afganistanie. Ginęli ludzie z prowincji, którzy „sami chcieli”, a nie bezwolni poborowi z Moskwy i Petersburga.

Problem w tym, że pełzającej mobilizacji nie można kontynuować bez rezerw gospodarczych i ludzkich, a po czterech latach chyba właśnie doszliśmy do tego momentu, kiedy te się wyczerpują.

Skutki sankcji

Na początku wojny mniej więcej połowa rosyjskich aktywów ulokowana była w zachodnich instytucjach finansowych. To sugeruje, że Moskwa liczyła na relatywnie łagodną reakcję ze strony Zachodu, szczególnie po szybkim zwycięstwie nad Ukrainą. Wbrew tym nadziejom, Zachód zamroził te aktywa, a wojna trwa już cztery lata. W efekcie w płynnej połowie „skarbonki wojennej” zaczęło świtać dno. W istocie jest tak źle, że w ostatnich tygodniach Rosjanie zostali zmuszeni do wyprzedaży części swojego złota.

Po realnej stronie gospodarki widać też skutki sankcji. To prawda, że nie są w pełni skuteczne i Rosja stara się je omijać – ale zawsze oznacza to dodatkowe koszty i jest możliwe tylko do pewnego stopnia.

Na początku wojny wiele mówiło się o ucieczce z Rosji znanych marek konsumpcyjnych. Znacznie poważniejszym wyzwaniem jest brak dostępu do zachodniego kapitału przemysłowego, od elektroniki, przez maszyny produkcyjne, po silniki. Wedle ostatnich badań, problem dotyczy 60 proc. rosyjskich przedsiębiorstw. Doskonałą egzemplifikację tych kłopotów stanowi lotnictwo cywilne, które wyraźnie dusi się przez brak zachodnich samolotów i komponentów.

Problemy z produkcją wojskową

Te problemy dotyczą także produkcji wojskowej. Do tej pory Rosjanie mogli się pochwalić roczną produkcją tysięcy wozów bojowych i systemów artyleryjskich. Ale z drobnym zastrzeżeniem – większość to w istocie restauracja (gromadzonych dekadami) po-radzieckich zasobów strategicznych, a naprawdę nowe systemy stanowiły mniejszość.

Ekonomiści już kilka lat temu przewidywali, że syberyjskie magazyny, w zależności od rodzaju sprzętu, opustoszeją w okolicy roku 2025 i 26. Ta prognoza na naszych oczach się spełnia, co objawia się szczególnie brakami ciężkiego sprzętu na froncie.

Gwoli sprawiedliwości należy podkreślić, że rosyjska produkcja amunicji i dronów bojowych naprawdę robi wrażenie. Zbiega się to też z ewolucją rosyjskiej doktryny wojennej na rzecz ataków lekkiej piechoty i „bitwy dronów”.

Z drugiej strony i wbrew stereotypowi, ciężki sprzęt bojowy wciąż jest niezwykle przydatny na polu bitwy, nawet przy obecności dronów. Zastąpienie klasycznego zagonu pancernego „mięsnymi szturmami” (czyli atakami lekkiej piechoty bez ciężkiego wsparcia) odbywa się kosztem rekordowych, katastrofalnych strat w ludziach, i jest w stanie posunąć front o dosłowne metry dzienne.

Tymczasem rosyjska armia z jej centrami szkoleniowymi jest w stanie przygotować maksymalnie 30-35 tysięcy rekrutów miesięcznie. Biorąc pod uwagę skalę strat (zabitych i ciężko rannych), ta liczba wystarczy ledwie do pokrycia bieżących braków, dlatego liczebność rosyjskich sił w Ukrainie pozostaje od kilku lat na mniej więcej stałym poziomie około 700 tysięcy żołnierzy. W efekcie Rosjanie wciąż atakują, ale zajęcie małego Pokrowska zajęło im półtora roku (dla porównania: w tym samym regionie, we wrześniu 1943 roku Armia Czerwona od rzeki Doniec doszła pod Pawłohrad w dwa tygodnie).

Rozjazd gospodarczy

Te wszystkie czynniki oznaczają, że w gospodarce pojawiły się dwie ważne „siły”.

  • Po stronie popytu, wyraźnie wzrosły wydatki państwa, a także pracowników zbrojeniówki i mobilizowanych żołnierzy.
  • Po stronie podaży, gospodarka na początku wojny znajdowała się już blisko stanu pełnego zatrudnienia, a sankcje utrudniają inwestycje w kapitał fizyczny.

Jednocześnie z Rosji uciekło prawie milion dobrze wykwalifikowanych pracowników, którzy bali się mobilizacji i śmierci na ukraińskim froncie. Kolejne setki tysięcy poszły pracować w dobrze opłacanej zbrojeniówce albo ruszyły szukać szczęścia na wojnie. W efekcie firmy nie miały fizycznej możliwości, by zwiększyć produkcję i nadążyć za popytem. A to musiało skończyć się wysoką inflacją (w szczycie prawie 10 proc.).

Rosyjski bank centralny próbował ratować stabilność cen wysokimi, sięgającymi w szczycie 20 proc. stopami procentowymi (obecnie wynoszą 16 proc.). Pomogło to ustabilizować inflację, ale dla sektora prywatnego oznaczało to gorzką pigułkę przeraźliwie drogich kredytów (w szczycie oprocentowanie kredytów hipotecznych potrafiło przekroczyć 30 proc.!) i kolejny szok kosztowy. Negatywne efekty są już widoczne: wskaźnik przyrostu nowych firm spadł o jedną piątą w porównaniu do roku 2024, a niektóre sektory stoją w obliczu masowych bankructw (to przykład choćby transportu ciężarowego ).

Anemiczny rozwój

Wedle oficjalnych danych, Rosja rozwija się w tej chwili w anemicznym tempie około połowy punktu procentowego rocznie. Biorąc pod uwagę skalę rozwoju sektora wojskowego, jest to wyraźnym dowodem na to, że Putinowi nie udało się osiągnąć najważniejszego celu SOW: prowadzić wojnę tak, aby nie odbiła się ona na poziomie życia klasy średniej w Moskwie i Petersburgu. Cztery lata wojny zaowocowały gospodarką dwóch biegów: prężnym sektorem wojskowym i kurczącym prywatnym.

A to dla Kremla oznacza dylemat – albo starać się ograniczyć skalę wojny (już teraz niektóre obłastie zmuszone są obcinać bonusy dla mobików), albo kontynuować wojnę kosztem dalszego drenażu sektora cywilnego, który zaczyna się zwijać.

Problem w tym, że to przeciążenie sektora cywilnego oznacza, że coraz trudniej mu dobrowolnie finansować wysiłek wojenny. Jako przykład można podać wyprzedaż obligacji na rynku wewnętrznym z października ubiegłego roku, w trakcie której rosyjskie ministerstwo finansów zmuszone było zaoferować ceny emisji średnio o 6 proc. poniżej cen nominalnych tych obligacji (po części wynika to z ich oprocentowania wyraźnie poniżej stopy procentowej rosyjskiego Banku Centralnego). Do tego wbrew popularnemu stereotypowi, Rosja nie posiada nieskończenie wielkiej populacji. W ostatnich tygodniach widać wyraźny spadek ochotników do mobilizacji, co wywołało spekulacje (podkreślmy: na razie tylko spekulacje) o zbliżającym się kryzysie w sile ludzkiej na froncie.

Ropa i gaz

Na koniec wspomnijmy o zasobach energetycznych. Stanowią one dla Rosji podstawowe źródło dochodów z handlu, a więc zagranicznej gotówki. To o tyle ważne, że nawet jeśli rosyjski przemysł wojskowy ma olbrzymi potencjał, wymaga – podobnie jak sektor cywilny – wielu zagranicznych komponentów (w tym do produkcji pocisków i dronów). Do tego import może łagodzić braki w wewnętrznej produkcji dóbr konsumpcyjnych czy nawet broni, jak w wypadku dostaw północnokoreańskiej amunicji. Tymczasem splot czynników, o których napiszemy w szczegółach później, doprowadził do wyraźnego spadku przychodów z gazu, i szczególnie ropy naftowej i produktów rafinowanych, na przykład w listopadzie 2025 roku te dochody spadły o jedną trzecią w porównaniu z końcówką 2024. W efekcie wpływy z tego sektora znajdują się na najniższym poziomie od momentu wybuchu wojny.

Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.


Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.

Podobne opinie i ekspertyzy

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Akceptuję Polityka prywatności