Reforma Tuska i Domańskiego. Nareszcie władza nie opowiada, że podatki to zło wcielone

przez Piotr Denderski

Premier Donald Tusk i minister finansów i gospodarki Andrzej Domański przedstawili niedawno propozycję reformy systemu podatkowego. Proponowane zmiany prowadziłyby do obniżenia obciążeń z tytułu PIT, finansowanego podniesieniem podatków dla największych firm, ograniczeniem preferencji dla najlepiej zarabiających ryczałtowców oraz zwiększeniem tzw. daniny solidarnościowej. 

Z jednej strony reforma ma stosunkowo niewielki zakres, co wynika z ponad dwóch dekad nieprzerwanego zadłużania się sektora finansów publicznych. 

Z drugiej strony nie sposób nie docenić pierwszej od dawna próby dorosłej, uczciwej rozmowy o podatkach w Polsce. W mojej ocenie właśnie ten aspekt reformy może się okazać jej największą wartością dodaną w długim okresie. 

Zanim jednak do niego przejdziemy, przyjrzyjmy się najpierw temu, komu i ile zostanie w portfelu dzięki proponowanym zmianom oraz czy przedstawione źródła ich finansowania są optymalne.

Zacznijmy od tej części reformy, która obniża podatki. 

Dotyczy ona osób rozliczających się na tzw. zasadach ogólnych, wśród których największą grupę stanowią pracownicy etatowi. 

  • Rząd proponuje podniesienie progu, do którego obowiązywałaby 12-proc.stawka PIT, z obecnych 120 tys. zł do 130 tys. zł rocznego dochodu. 
  • Od dochodów pomiędzy 130 tys. zł a 150 tys. zł podatnicy odprowadzaliby już nie 32, lecz 24 grosze z każdej złotówki dochodu. 
  • Obecna stawka 32 proc. obejmowałaby natomiast dopiero dochody przekraczające 150 tys. zł rocznie. 

Na propozycjach rządu skorzystają zatem podatnicy, których dochody – uwaga: podlegające opodatkowaniu – przekraczają 120 tys. zł rocznie, o ile rozliczają się według skali podatkowej.

Marketing polityczny 

W praktyce, po uwzględnieniu składek odliczanych od podstawy opodatkowania, pracownik zatrudniony na umowie o pracę musiałby zarabiać około 11 900 zł brutto miesięcznie, aby skorzystać na reformie. Jej koszt fiskalny szacowany jest na około 10 mld zł. W świetle skali deficytu finansów publicznych, do którego przyczyniają się obecnie m.in. koszty zbrojeń oraz brak reform w zakresie transferów społecznych, nie jest to duża kwota. 

Z punktu widzenia marketingu politycznego ta część reformy osiąga istotny cel. Około 3-3,5 mln podatników zapłaci niższy PIT. Czynienie rządzącym zarzutu z tego, że za pomocą reform fiskalnych próbują zwiększyć poparcie dla siebie, byłoby jednak przykładem politycznego naiwniactwa. Podobna motywacja towarzyszyła wprowadzeniu programu 500 plus; w zamierzeniu jego autorów podobnie miał zadziałać również Polski Ład.

Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.


Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.

Podobne opinie i ekspertyzy

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Akceptuję Polityka prywatności