3 listopada w Stanach Zjednoczonych odbędą się wybory połówkowe, w których Amerykanie wybiorą Izbę Reprezentantów oraz jedną trzecią Senatu. Sondaże wskazują na wyraźną przewagę Demokratów. Co się może zdarzyć w tych wyborach, co to oznacza dla Ameryki na następne 2 lata, i dlaczego te wybory są ważne także dla Polski? Na to pytanie odpowiada dr Tomasz Makarewicz w cyklu „Oko na Dobrobyt”.
W 2024 roku Republikanie osiągnęli tzw. trifecta (dosłownie potrójny sukces): Donald Trump wygrał wyścig prezydencki z Kamalą Harris, a jednocześnie Partia Konserwatywna utrzymała Izbę Reprezentantów i odbiła Senat, co wraz z dominacją w Sądzie Najwyższym zapewniło jej de facto pełną kontrolę nad rządem federalnym. W obozie zwycięzców zapanowały triumfalistyczne nastroje, a nowa administracja szybko zaczęła wprowadzać w życie swój wyrażony w Project 25 program.
Zarazem kiedy Trump na powrót wprowadzał się do Białego Domu, można było dość bezpiecznie zakładać, że w następnym cyklu wyborczym trudno będzie mu utrzymać cały Kongres. Doświadczenie historyczne wyraźnie wskazuje, że kolejne administracje szybko się zużywają w bieżącej polityce, w nieuchronnych skandalach osobistych, błędach komunikacyjnych czy politycznych. Stąd prezydenci mają zwykle tylko dwa „miodowe lata” na wprowadzenie swojej agendy, a potem tracą jedną z izb Kongresu.
W wypadku samego Trumpa, od początku było jasne, że najsłabszym ogniwem jego drugiej kadencji będzie Izba Reprezentantów – Republikanie mają tam teraz minimalną przewagę, zarazem borykając się z narastającym sporem pomiędzy bardziej umiarkowanym i radykalnym skrzydłem Partii (jeszcze w kadencji 2022-24 ten spór wyraził się na przykład republikańską wojną domową w sprawie pomocy dla Ukrainy).
Na pocieszenie dla Trumpa, na początku bieżącego roku komentatorzy zgodnie zakładali, że republikańska większość w Senacie jest relatywnie bezpieczna.
Pamiętajmy, że kadencja senatora trwa sześć lat, i w każdym dwuletnim cyklu wyborczym Amerykanie wybierają około jednej trzeciej składu tej izby. Stąd właśnie w normalnych warunkach opozycja może odbić Senat, tylko jeśli ma szczęście do kalendarza wyborczego: w grze musi znajdować się odpowiednia ilość mandatów, które są naraz zajmowane przez partię władzy, oraz reprezentują prawdziwie konkurencyjne (tzw. fioletowe) stany.
Tymczasem akurat w tym roku większość miejsc to zajmowane przez Demokratów mandaty z silnie niebieskich stanów albo analogicznie czerwone miejsca z Republikańskich stanów. Bezlitosna arytmetyka wskazuje, że Demokraci muszą wygrać wszystkie „konkurencyjne” wyścigi oraz zdobyć przynajmniej kilka (dwa-trzy) mandatów w Republikańskich „twierdzach” jak Alaska, Teksas, czy Ohio (stąd właśnie senatorem został obecny wiceprezydent JD Vance). Trump dwa lata temu wygrał tam odpowiednio trzynastoma, czternastoma i jedenastoma punktami procentowymi. Właśnie dlatego porażkę Republikanów w Senacie uznawano do niedawna za scenariusz mało prawdopodobny.
Możliwy tylko w wyniku prawdziwie katastrofalnych rządów i kompromitacji w oczach większości Amerykanów i przynajmniej części konserwatywnego elektoratu.
Trump dokonał niemożliwego
No więc rządy Trumpa w oczach większości Amerykanów i przynajmniej części konserwatywnego elektoratu okazały się taką katastrofą i kompromitacją, że kiedy piszę te słowa, Demokraci są faworytami w wyścigu do obu izb.
Znany prognostyk Nate Silver (zdobył sławę w 2016, kiedy jako jedyny statystyk dawał Trumpowi realną szansę w starciu z Clinton) w weekend na dwa tygodnie przez wyborami daje Demokratom 94 proc. i 75 proc. (!) szansy na odbicie odpowiednio Izby Reprezentantów i Senatu. Bardzo podobne prognozy podają inni komentatorzy, i są one spójne z sondażami. W tej chwili Demokraci cieszą się 10 punktami procentowymi przewagi ogólnego poparcia i są faworytami w wielu ważnych wyścigach lokalnych.
W szczególności, we wszystkich trzech przytoczonych wyborach senackich (Alaska, Ohio i Teksas) Demokraci cieszą się niewielką, ale widoczną przewagą w sondażach. Największym upokorzeniem dla Republikanów byłaby utrata miejsca w Teksasie, gdzie Demokrata wygrał ostatni raz w 1988 roku (!).
Jeśli potwierdzą się sondaże, Republikanów czeka największa klęska wyborcza przynajmniej od 2006 roku. W istocie jest tak źle, że wedle doniesień prasowych Republikanie w zasadzie poddali się i nie próbują utrzymać Izby Reprezentantów. Czołowe konserwatywne Super PAC-i (instytucje, które w specyficznym amerykańskim systemie finansowania kampanii wyborczej mogą wspierać kandydatów dziesiątkami milionów dolarów) przekierowały swoje wydatki na tradycyjnie czerwone dystrykty, podobnie Trump, lokomotywa wyborcza ruchu MAGA, właśnie odbywa tournée po uznawanych za bezpiecznie Republikańskie stany. Świadczy to o tym, że Republikanie w tej chwili przeszli do obrony swoich mateczników i próbują uratować przynajmniej Senat. Konserwatywni politycy zaczęli mówić wprost o zbliżającej się katastrofie.
Czerwony Tytanik
Skąd takie katastrofalne wyniki? Te wybory są de facto referendum poparcia dla Trumpa i jego drugiej kadencji.
Tymczasem prezydenta w tej chwili popiera mniej więcej jedna trzecia Amerykanów, wobec dwóch trzecich deklarujących jako przeciwnicy. To wynik o kilka punktów procentowych gorszy niż analogiczne dla Busha i Bidena przed wyborami połówkowymi w 2006 i 2022 roku. A je do tej pory uznawano za wyznacznik elektorskiej klęski.
Sondaże wyraźnie też pokazują, co stanowi słabość Trumpa.
W tej chwili gospodarka to najważniejszy temat dla potencjalnych wyborców, a zarazem około dwie trzecie Amerykanów ocenia prezydenta w tej kwestii negatywnie, a tylko jedna trzecia pozytywnie. To bolesna ocena, bowiem Trump zaczynał drugą kadencję z wysokim kredytem zaufania (wtedy ufało mu w kwestiach ekonomicznych około 60 proc. Amerykanów). Do tego Amerykanie wciąż skłaniają się do opinii, że Republikanie domyślnie są lepszymi zarządcami gospodarki. Oprócz tego Trump jest „pod wodą” (więcej wyborców ocenia go negatywnie niż pozytywnie) praktycznie w każdej kwestii polityki społecznej i zagranicznej. Na domiar złego, ostatnie sondaże sugerują, że pierwszy raz od dekady ruch MAGA, twardy elektorat Trumpa, zaczyna tracić entuzjazm.
O upadku zaufania do Trumpa można by napisać długi artykuł, ale pokrótce, ostatnie dwa lata można podzielić na trzy okresy.
W pierwszym roku Trump przypomniał nam, jak bardzo chaotyczny i skupiony na wojnach kulturowych jest jego styl rządzenia.
Dostaliśmy więc medialny galop rodem z brazylijskiej telenoweli, w którym prezydent co kilka dni zajmował się kompletnie innym tematem, od niekończącej się sagi o aktach Epsteina, przez żołnierzy trans, nieudane próby doprowadzenia do końca wojny w Ukrainie, krótkiego wypadku do Iranu, wojny handlowej, planów zakupu Grenlandii, po cyrkową działalność Departamentu Elona Muska DOGE.
Wszystko to powodowało powolną erozję poparcia dla Trumpa, do końca 2025 roku poziom zaufania do niego ustabilizował się na poziomie 17 punktów „pod wodą”. Pierwsze prawdziwe załamanie przyszło na początku bieżącego roku, kiedy w trakcie antyimigranckich rajdów funkcjonariusze ICE zastrzelili Renee Good i potem Alexa Prettiego.
Antyimigrancka retoryka jest popularna w sporej części amerykańskiego społeczeństwa (i zresztą nie tylko amerykańskiego), ale dla większości wyborców umiarkowanych i konserwatywnych związana jest przede wszystkim z (niepotwierdzonym przez dane) poczuciem, że imigranci częściej są przestępcami i stanowią zagrożenie dla sielskich przedmieść. Dopóki „rzeczywistość medialna” akcji ICE to nagrania skutych kajdankami imigrantów w placówkach detencyjnych, protestowali tylko liberałowie. Kiedy jednak grupy funkcjonariuszy ICE pojawiły się na owych sielskich przedmieściach, wyglądem i sposobem zachowania przypominając szabrujące milicje z seriali o pladze zombie, wielu wyborców zwyczajnie przestraszyło się. Śmierć dwojga zwykłych i – nie oszukujmy się – białych obywateli zadziałała na nich jako dodatkowy sygnał alarmowy.
Drugi szok przyszedł pod koniec lutego, kiedy Trump zdecydował się na ponowną eskapadę do Iranu.
Co ciekawe, Amerykanie od samego początku pozostają sceptyczni wobec tej wojny, i Demokraci w ciągu dwóch następnych miesięcy zaczęli wyprzedzać Republikanów w kolejnych sondażach. Trumpowi nie pomaga fakt, że końca wojny nie widać na horyzoncie, a Amerykanie zaczęli odczuwać bezpośrednio jej skutki, przede wszystkim pod postacią wzrostu ceny paliwa i związanej z nim fali inflacji. Stąd właśnie paniczne ruchy administracji Trumpa w ostatnich miesiącach, jak choćby ostatnia próba zrzucenia winy za całą sytuację na Ukrainę i zmuszenia jej do „pokoju”. Smaczku sprawie dodaje fakt, że to właśnie fala inflacji pogrążyła Demokratów cztery lata temu – tyle że tę obecną Trump sam sobie wywołał.
W ostatniej dwulatce Trumpa trudno wskazać na jakiekolwiek kroki w polityce gospodarczej, które byłyby korzystne dla jego wyborców. Jedyny poważny dorobek legislacyjny obecnego Kongresu to One Big Beautiful Bill, o którym pisałem szerzej w artykule sprzed roku
Związane z nim cięcia w polityce społecznej, do społu z działalnością DOGE, uderzyły w wiele biedniejszych regionów kraju, które normalnie chętniej głosują na Republikanów. Wojna handlowa z całym światem przyniosła kontr-cła, przede wszystkim Chiny zemściły się uderzając w popierających Trumpa farmerów, którzy dodatkowo skarżą się teraz na rosnące ceny oleju napędowego.
Na koniec, w ostatnich tygodniach amerykańska gospodarka zdaje się zwalniać.
Widać szczególnie po nienajlepszej sytuacji na rynku pracy. Wszystko to sprawia, że wyborcy zwyczajnie odwrócili się od Trumpa.
Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.