Propozycja Polski 2050 podniesienia drugiego progu podatkowego z 120 do 140 tysięcy złotych rocznie jest zasadna. W ostatnich latach inflacja znacząco obniżyła realną wartość tego progu, przez co coraz większa grupa podatników została objęta stawką 32 proc. nie dlatego, że stała się relatywnie bogatsza, lecz dlatego, że wzrosły ceny i wynagrodzenia nominalne. Korekta progu w górę w dużej mierze przywraca jego pierwotne znaczenie.
Warunek jest jednak istotny: taka zmiana nie byłaby kosztowna dla budżetu tylko wtedy, gdy wyższa stawka obejmuje rzeczywiście wszystkich podatników o wysokich dochodach, a nie jedynie tych, którzy nie mają możliwości wyboru alternatywnej formy opodatkowania.
Jak sfinansować podniesienie drugiego progu do 140 tys. zł?
Wystarczy, żeby wszystkie dochody powyżej 140 000 zł faktycznie były objęte taką stawką. I jeszcze zostanie spory zapas.
Propozycja Polski 2050 podniesienia drugiego progu podatkowego z 120 do 140 tysięcy złotych rocznie jest zasadna. W ostatnich latach inflacja znacząco obniżyła realną wartość tego progu, przez co coraz większa grupa podatników została objęta stawką 32% nie dlatego, że stała się relatywnie bogatsza, lecz dlatego, że wzrosły ceny i wynagrodzenia nominalne. Korekta progu w górę w dużej mierze przywraca jego pierwotne znaczenie. Warunek jest jednak istotny: taka zmiana nie byłaby kosztowna dla budżetu tylko wtedy, gdy wyższa stawka obejmuje rzeczywiście wszystkich podatników o wysokich dochodach, a nie jedynie tych, którzy nie mają możliwości wyboru alternatywnej formy opodatkowania.
Kiedy wyższe dochody powinny być opodatkowane wyższą stawką?
Punktem wyjścia jest proste pytanie: kiedy wzrost dochodu powinien skutkować wyższym opodatkowaniem? Odpowiedź nie jest jedna, bo sam wzrost dochodu może mieć różne źródła, a każde z nich niesie inne konsekwencje dla konstrukcji systemu podatkowego. Najprościej zobaczyć to, rozróżniając trzy przypadki.
Pierwszy jest najbardziej intuicyjny i zarazem najmniej kontrowersyjny. Dochody rosną szybciej niż u innych, co oznacza przesuwanie się w górę rozkładu dochodów. Ktoś, kto zaczynał w okolicach mediany, z czasem trafia do górnych 40 procent, potem do górnych 20 procent, a w części przypadków jeszcze wyżej. W takim ruchu chodzi nie tylko o zmianę poziomu dochodu, ale o zmianę pozycji względem innych. To właśnie ta zmiana pozycji jest ekonomicznie istotna dla uzasadnienia progresji podatkowej. Jeżeli ktoś znajduje się wyżej w rozkładzie dochodów, ma większą zdolność do finansowania wydatków publicznych. W tym sensie drugi próg podatkowy pełni swoją podstawową funkcję – jest narzędziem opodatkowania relatywnie wyższych dochodów.
Gdyby tę logikę potraktować konsekwentnie, próg nie powinien być w ogóle określany kwotowo. W sensie analitycznym byłoby naturalne, aby odnosił się do pozycji w rozkładzie dochodów, a więc obejmował zawsze tę samą część podatników – na przykład górne 10 czy 12 procent. Wtedy jego znaczenie nie zależałoby od inflacji ani od tempa wzrostu gospodarczego. W praktyce oczywiście tak się nie dzieje. Progi są ustalane nominalnie i tylko okazjonalnie korygowane.
Warto więc zobaczyć, co to oznacza w czasie. W momencie wprowadzenia obecnego progu w 2022 roku jego poziom odpowiadał mniej więcej górnym 12 procentom rozkładu dochodów. (Chodzi o dochody brutto z pracy najemnej. Gdyby chcieć uwzględnić wszystkie dochody – z samozatrudnienia, zysków kapitałowych, itp., to ten sam próg lokowałby się niżej. Bez dokładnych danych szacuję, że w granicach górnych 15-17 procent rozkładu.) Od tamtego czasu zmieniły się poziomy wynagrodzeń, zmienił się cały rozkład dochodów, a dodatkowo pojawiła się wysoka inflacja. Jeżeli spróbujemy odtworzyć tę samą pozycję w rozkładzie dziś, okaże się, że odpowiada ona wyraźnie wyższym dochodom nominalnym. Szacunkowo, osoby znajdujące się obecnie w podobnym miejscu rozkładu dochodów co ówczesne top 12 procent osiągają dochody około 160 tysięcy złotych rocznie. Próg ustawiony na poziomie 120 tysięcy złotych nie obejmuje już tej samej grupy co w momencie jego wprowadzenia. „Zjechał” w dół rozkładu dochodów.
Ten ruch ma konkretne konsekwencje. Stawka 32 procent zaczyna obejmować nie tylko osoby, które poprawiły swoją względną pozycję dochodową, lecz także te, które znajdują się dziś niżej niż poprzednio obejmowana grupa. Z punktu widzenia teorii nie jest to z definicji błąd. Można uznać, że właśnie taki ma być kierunek zmian i że wraz z bogaceniem się kraju większa grupa powinna być objęta wyższymi stawkami. Tyle że w takim przypadku powinna za tym stać świadoma decyzja polityczna. Tymczasem tutaj zmiana następuje w sposób pasywny, jako efekt utrzymania niezmienionego progu nominalnego.
Stawki podatkowe a wzrost gospodarczy
Drugi przypadek wzrostu dochodów polega na tym, że nie zmieniamy swojej pozycji w rozkładzie, ale cały rozkład przesuwa się w górę. Dochody rosną mniej więcej wszystkim, a relacje między nimi pozostają podobne. To właśnie wzrost gospodarczy w jego najbardziej klasycznej postaci. Przeciętny podatnik może sobie pozwolić na więcej niż kilka lat wcześniej, mimo że w sensie względnym pozostaje w podobnym miejscu.
W tej sytuacji pojawia się pytanie, które wcale nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy wraz z takim wzrostem powinniśmy uznawać coraz większą część społeczeństwa za „bogatą” w sensie podatkowym i obejmować ją wyższą stawką? Moim zdaniem – tak. Wraz ze wzrostem dochodów rosną oczekiwania wobec państwa. Społeczeństwo chce lepszej ochrony zdrowia, wyższej jakości edukacji, wyższych i dłuższych (ze względu na dłuższe życie) świadczeń emerytalnych. Te wydatki mają tendencję do wzrostu szybszego niż PKB, zwłaszcza w warunkach starzenia się populacji.
Widzimy to dzisiaj w Polsce. Udział wydatków publicznych w PKB systematycznie rośnie i w 2026 roku po raz pierwszy przekroczył 50 procent. Jednocześnie dochody państwa rosną wolniej i wynoszą około 43 procent PKB, co przekłada się na wysoki deficyt sektora finansów publicznych, przekraczający 7 procent PKB. To sugeruje, że presja na zwiększanie dochodów publicznych jest realna. Nie oznacza to jednak, że automatyczne rozszerzanie zakresu wyższych stawek podatkowych jest jedyną możliwą odpowiedzią. W tej kwestii nie ma konsensusu wśród ekonomistów, ponieważ pytanie o skalę wydatków publicznych jest w istocie pytaniem politycznym: dotyczy tego, jaki poziom państwa uznajemy za właściwy jako społeczeństwo. Ekonomia może natomiast powiedzieć, w jaki sposób wybrany poziom wydatków finansować możliwie efektywnie. Jedno wydaje się jednak poza dyskusją: jeżeli wraz ze wzrostem gospodarczym coraz większa część społeczeństwa ma być objęta wyższą stawką podatku dochodowego, to dochód, od którego ta stawka obowiązuje, powinien być stabilny w ujęciu realnym. Innymi słowy powinien być regularnie korygowany o inflację. To właśnie inflacja jest trzecim czynnikiem, który w ostatnich latach w największym stopniu kształtuje relację między dochodami a podatkami w Polsce.
Inflacja i „wciąganie fiskalne”
Trzeci przypadek jest jakościowo inny i to on tłumaczy znaczną część zmian obserwowanych po 2022 roku. To sytuacja w której dochody rosną wyłącznie dlatego, że rosną ceny. W sensie nominalnym zarabiamy więcej, ale nasza siła nabywcza pozostaje bez zmian. Jeżeli wynagrodzenie rośnie o tyle samo, co inflacja, to realnie stoimy w miejscu. Taka sytuacja jest kluczowa dla zrozumienia obecnej dyskusji o progach podatkowych.
W tym przypadku wejście w wyższy próg trudno uzasadnić czymkolwiek poza konstrukcją systemu. Nie zmieniła się pozycja względem innych, nie wzrosła realna zdolność płatnicza, nie podjęto decyzji o zwiększeniu progresji. Mimo to podatek rośnie, ponieważ próg pozostaje niezmieniony nominalnie. To właśnie mechanizm w literaturze naukowej znany jako „fiscal drag” – z braku ustalonego tłumaczenia na język polski nazwę go „wciąganiem fiskalnym”. (Również dlatego, że funkcjonujące czasem określenia „hamulec fiskalny” albo „cicha podwyżka podatków” nie uważam za trafne). Podatnik jest „wciągany” do wyższego opodatkowania przez samą inflację.
W progresywnym systemie podatkowym, podczas inflacji, na skutek wciągania fiskalnego podatki rosną bez zmiany stawek, bez zmiany progów i bez formalnej decyzji o ich podwyższeniu. Wpływy budżetowe zwiększają się, ale dzieje się to w sposób, który trudno uznać za przejrzysty czy dobrze uzasadniony. Trudno też zakładać, że jest rozwiązaniem optymalnym. Jeżeli celem jest zwiększenie dochodów państwa, to należałoby rozważyć różne instrumenty i ich konsekwencje – zmiany stawek, inne konstrukcje podatku dochodowego czy podatki pośrednie – zamiast polegać wyłącznie na mechanizmie, który działa automatycznie i poza kontrolą.
W warunkach wysokiej inflacji, z jaką Polska miała do czynienia w ostatnich latach, znaczenie tego mechanizmu jest szczególnie duże. Właśnie dlatego korekta progu podatkowego o inflację nie jest zwykłą zmianą parametru, lecz elementarnym zabiegiem utrzymującym jego sens ekonomiczny. Jeżeli ceny rosną, a próg pozostaje niezmieniony nominalnie, jego realna wartość spada i obejmuje on coraz niższy poziom dochodów w ujęciu siły nabywczej. Od momentu wprowadzenia progu 120 tysięcy złotych skumulowana inflacja w latach 2023–2025 wyniosła około 21 procent, co oznacza, że jego realny odpowiednik na koniec 2025 roku to około 145 200 złotych. W tej sytuacji część podatników znalazła się w drugim progu wyłącznie dlatego, że ich wynagrodzenia dostosowały się do wzrostu cen. Podniesienie progu do 140 tysięcy złotych w dużej mierze tę zmianę koryguje, przywracając jego wartość zbliżoną do tej, którą miał w momencie wprowadzenia.
Dalszą cześć, znajdziecie na stronie OKO.Press, gdzie tekst ukazał się w oryginale.
Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.