Pierwszego lutego nasz ekspert dr Wojciech Paczos był gościem redaktora Jana Niedziałka w programie Fakty o Świecie TVN BiS, w którym debatował z profesor Marią Drozdowicz-Bieć, profesorem Krzysztofem Błędowskim i Piotrem Arakiem o tym, jak walczyć z pandemią, jednocześnie chroniąc gospodarkę. Cały program dostępny jest dla subskrybentów na stronie TVN24.

„Czy między tymi dwoma wielkimi wysiłkami zachodzi jakaś sprzeczność? Czy to jest taki piekielny dylemat, że coś z tych dwóch wartości trzeba będzie poświęcić? Czy da się jednak z takiej pułapki wyjść?” – pytał gospodarz programu.

Jak wyjaśniał nasz ekspert, zależność pomiędzy gospodarką a zdrowiem jest bardzo nieintuicyjna. Choć może się wydawać, że należy poświęcić zdrowie na szali gospodarki, to ta wymienność działa w bardzo krótkim okresie.

„Jeśli faktycznie pozwolimy gospodarce działać i w tym samym czasie pozwolimy się rozwijać pandemii, to tak wielu z nas zachoruje, że nie będzie miał kto korzystać z tej otwartej gospodarki, przyjść do tych otwartych klubów, restauracji, pubów. […] Teraz już jesteśmy w takim momencie, że żeby ratować gospodarkę, musimy ratować zdrowie.

Co ciekawe, są już badania dotyczące obecnego kryzysu, które pokazują, że spadki aktywności gospodarczej mniej więcej pół na pół dzielą się na te związane z restrykcjami, czyli oficjalnymi zamknięciami strony podażowej gospodarki, [i te związane ze stroną popytową gospodarki]. Nasza odpowiedź na kryzys, nasz niepokój, strach, nasze decyzje konsumpcyjne, samoograniczanie się – [to one] są odpowiedzialne za drugą połowę strat gospodarczych. Jeśli będziemy myśleli tylko o stronie podażowej, o tym, żeby pozwolić firmom działać, to zapomnimy o stronie popytowej, o tym, że w związku pandemią ludzie reagują i ograniczają się w swoich decyzjach gospodarczych. Dlatego ten dylemat nie jest łatwo rozwiązać.

Pytanie powinno brzmieć: “Jak powinniśmy prowadzić optymalną politykę wprowadzania ograniczeń gospodarczych?” Okazuje się, że, trochę przez przypadek, w Polsce udało się to bardzo dobrze zrobić wiosną. Okazuje się, że polityka bardzo głębokich, ale bardzo wczesnych ograniczeń, jest bardziej skuteczna niż ta jesienna polityka opóźniania, zwlekania, przymykania, otwierania – bo to ma bardzo ograniczony wpływ na transmisję wirusa i w związku z tym musi trwać bardzo długo. Myślę, że wszyscy zgodzimy się, że chcielibyśmy, żeby te ograniczenia były krótsze i one mogłyby być krótsze, gdyby były głębsze i wprowadzone na wczesnym etapie. Wtedy wszyscy dużo chętniej by je przyjęli niż takie ograniczenia, które trwają i trwają, i właściwie końca nie widać.” – argumentował.

Profesor Błędowski zwracał uwagę na to, że dziś wielu ludzi bardzo znacząco ograniczyło wydatki, co moża prowadzić do wyjątkowo dużej akumulacji oszczędności, a po wygaśnięciu pandemii – do zwiększonej konsumpcji, która pomoże odrobić obecne straty gospodarcze. Nasz ekspert nie wiąże jednak aż tak dużych nadziei z tak zwanym odłożonym popytem.

„Nie do końca zgadzam się z profesorem co do tego, że ten popyt na pewno zostanie zrealizowany i to właśnie wynika z natury usług, one są konsumowane natychmiast, […] da się to odłożyć tylko w ograniczonym stopniu. O ile da się odłożyć zakup samochodu, o tyle wyjazdu na wakacje czy nawet wyjścia na lunch z kolegami z pracy [już nie]. Nie zaczniemy jadać dwóch lunchów dziennie, kiedy skończy się pandemia. Dlatego ja jestem trochę sceptyczny i [uważam, że] ten mechanizm wzrostu oparty o odłożony popyt może się uwolnić częściowo tylko i wyłącznie jeśli zniknie niepewność i będzie odporność populacyjna w związku z wyszczepieniem kraju. Tak naprawdę od tego wszystko zależy.

To jest ta optymalna polityka gospodarcza – jeśli chcemy uwolnić popyt, to musimy zapewnić bezpieczne warunki gospodarowania, konsumowania. Ale tak naprawdę [istnieje] dużo większe zagrożenie, o którym rzadko rozmawiamy. Bo rozmawiamy o 2020 czy 2021 roku, o stracie PKB na poziomie 3%, być może odbiciu na poziomie 4%. Ciągle jest to [wzrost] poniżej trendu [sprzed pandemii], bo polska gospodarka jest w stanie rozwijać się na poziomie 4-5%. Tak polska gospodarka byłaby w stanie się rozwijać w 2020, gdyby nie kryzys. Także przyszłoroczny wzrost, nawet jeśli wyniesie około 4%, nie zbliży nas do dawnego trendu, bo w 2021 powinniśmy już być 9% powyżej poziomu sprzed pandemii, gdyby ona się nie wydarzyła.

[Zastanawiamy się teraz,] czy uda nam się dogonić ten trend i kiedy, ale drugie, ważniejsze pytanie dotyczy dłuższego okresu – co się stanie z naszym trendem rozwoju, czy on nie spadnie? Ja jestem bardzo zaniepokojony, bo Polska jesienią poszła zupełnie inną drogą niż inne rozwinięte kraje. Inne kraje zadecydowały, że szkoły będą ostatnią redutą, że będą zamykane w ostatniej kolejności i otwierane w pierwszej kolejności. Tymczasem Polska postąpiła inaczej i szkoły były zamykane w pierwszej kolejności i nie wiadomo właściwie, kiedy wszystko wróci do normalności. Niedługo minie rok, kiedy dzieci nie miały normalnej nauki w szkołach, dotyczy to już trzynastu obowiązkowych roczników, a jeśli wliczać studentów, to osiemnastu.

To są straty edukacyjne, które we współczesnej gospodarce, która jest gospodarką opartą na wiedzy, będą się przekładały na wzrost produktywności, na kapitał ludzki i przyszłe wzrosty polskiej gospodarki. Jeśli [tego] nie nadrobimy, to mówimy o stratach rzędu kilku procent pensji każdego z tych młodych ludzi, którzy są teraz w szkole [oraz o] stratach rzędu 1-2% PKB każdego roku przez najbliższe 50 lat. To jest dużo bardziej istotna perspektywa niż perspektywa chwilowego odbicia czy mechanizm opóźnionego zagregowanego popytu.

[…] Zgadzam się oczywiście z panią profesor, że te straty można nadrobić u młodych ludzi, ale to nie znaczy, że one się nadrobią same. O nich należy mówić i o tym właśnie jest stanowisko zespołu do spraw COVID przy prezesie PAN, w którym mam zaszczyt zasiadać. O tym, że te straty mogą być wymierne, jeśli nie zaczniemy prowadzić polityki nadrabiania tych strat […]. I możemy znaleźć się w dużo gorszej sytuacji w przyszłości.”

Pytany o to, na czym polityka nadrabiania strat edukacyjnych miałaby polegać, Wojtek wskazał konkretne rozwiązania:

„My w zespole doradczym przy prezesie PAN proponujemy po pierwsze ustawienie jako priorytetu tego, żeby szkoły zamykały się w ostatniej kolejności i otwierały w pierwszej kolejności, ale pod warunkiem odpowiedniego reżimu sanitarnego – ten reżim powinien polegać nie tylko na dezynfekcji, ale też na wietrzeniu pomieszczeń. Po drugie, [ważne jest] wprowadzenie rzeczywistej nauki hybrydowej, czyli nakładania się tygodni nauki w szkole i tygodni spędzonych w domu. W ten sposób można odciążyć szkoły. Po trzecie [wprowadzanie regulacji powinno się opierać] na podejściu regionalnym. Coś, czego nie wykorzystaliśmy w Polsce to [fakt], że inaczej wygląda nauka i inaczej rozprzestrzenia się epidemia w Warszawie, a inaczej na Zamojszczyźnie. I nie ma powodu, dla którego wszystkie szkoły w Polsce miałyby się zachowywać w ten sam sposób, przystosowany bardziej do dużych ośrodków miejskich niż do małych miejscowości i wiosek.” – mówił.

Na koniec nasz ekspert został zapytany o wpływ pandemicznego kryzysu na nierówności dochodowe w polskim społeczeństwie.

„W tym kryzysie zdecydowanie widzimy, że rozjeżdżają się perspektywy [różnych grup]. Z jednej strony [są ci], którzy mają niestabilne formy zatrudnienia, są bardziej narażeni na utratę pracy, którzy byli zwalniani w pierwszej kolejności lub będą zwalniani w pierwszej kolejności kiedy wygasną tarcze antykryzysowe. To zwykle osoby z bardzo niskimi oszczędnościami, właściwie bez oszczędności, być może z kredytami. Z drugiej strony jest perspektywa osób, które mogły bardzo łatwo przenieść miejsce pracy do internetu, pracować zdalnie, były mniej narażone na fizyczną transmisję wirusa. [Na straty mniej narażone będą też] osoby, które lepiej zarabiają, które mają oszczędności. Z powodu tego ograniczenia popytu, zarówno dobrowolnego, jak i oficjalnego, [ich wydatki] dramatycznie spadły. Te pakiety, o których rozmawiamy w tej chwili, nie do końca odpowiadają na [to zjawisko]. One odpowiadają na to, że nie wszystkie firmy straciły klientów z własnej winy. Ten kontrakt społeczny, o którym mówił pan profesor. Natomiast nie mamy jeszcze takiego kontraktu społecznego, w którym pomyślelibyśmy o tym, że rosną nam nierówności, które w Polsce są już niestety dosyć wysokie. Pani profesor mówiła też ciekawie o inflacji, inflacja jest kolejnym elementem, który, jeśli się pojawi, to bardziej uderza w biednych niż w bogatych. Podobnie polski system podatkowy, przy pomocy którego będziemy spłacać ten ogromny dług publiczny, bardziej obciąża tych gorzej zarabiających od tych najlepiej zarabiających. Także jest tu szereg polityk, o których powinniśmy rozmawiać, które można wprowadzić w celu nawiązania nowego kontraktu społecznego.” – wyjaśniał.

Z naszym ekspertem polemizowała profesor Drozdowicz-Bieć, która argumentowała, że nierówności stymulują rozwój, a dane wskazują, iż nierówności w Polsce są mniejsze niż w innych krajach europejskich.

„To, co mówiła pani profesor, […] było do pewnego stopnia prawdziwe w dwudziestym wieku, gdy nierówności napędzały rozwój. To wynikało w pewnym stopniu z tego, że kapitał fizyczny można akumulować. To znaczy jeśli ktoś splajtuje i zostawi po sobie fabrykę, to inny kapitalista może przyjść i przejąć tę fabrykę. W dwudziestym pierwszym wieku mamy rozwój, który opiera się o wiedzę, czyli o to, co mamy w głowach i nieprawdą jest, że tylko bogaci inwestują. Każdy, kto jest na etacie czy na pensji minimalnej, inwestuje chociażby w rozwój swoich dzieci, w szkołę dla nich, dodatkowe kursy i to jest to, co będzie napędzało gospodarkę w przyszłości.

Mając wysokie nierówności, będziemy tracić tych, którzy są zdolni, ale nie mogą się rozwinąć, ponieważ zarabiają niewiele i są na końcu tej dystrybucji dochodów. Nierówności w XXI wieku, w gospodarce opartej na wiedzy, przeszkadzają w rozwoju, bo kapitału ludzkiego nie da się koncentrować. To znaczy jeśli ja się nie wykształcę, to nikt mojej wiedzy nie przejmie tak, jak jest to możliwe z kapitałem fizycznym. Najnowsze dane wskazują, że Polska ma ogromne nierówności dochodowe, jedne z najwyższych w Europie obok Wielkiej Brytanii. To, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej wynika z tego, że patrzyliśmy na złe dane, patrzyliśmy na dane ankietowe, w których nie widać tego, co się dzieje na wysokim końcu rozkładu.” – podsumował Wojtek.

Więcej o nierównościach w Polsce można się dowiedzieć z wykładu doktora Pawła Bukowskiego dla Concilium Civitias. Stanowisko 11. zespołu ds. COVID przy prezesie PAN dostępne jest tutaj.

Tags: , , , ,

Leave a Reply