Dr Tomasz Makarewicz był pod koniec czerwca jednym z gości Grzegorza Sroczyńskiego w audycji „Świat się chwieje”. Tematem odcinka była sytuacja ekonomiczna w USA w obliczu pandemii koronawirusa.

Bezrobocie rośnie, giełdy też

Zaczynkiem do rozmowy stało się zdjęcie, na którym widać, jak dziennikarz amerykańskiej stacji telewizyjnej zapowiada materiał na temat rekordowo dobrego tygodnia na giełdach, podczas gdy na pasku u dołu ekranu wyświetlana jest informacja o tym, że w ciągu trzech tygodni 16 milionów Amerykanów straciło pracę.

Jak zauważył nasz ekspert, informacje udostępniane przez instytucje państwowe wskazują na to, że szokująco wysoka liczba bezrobotnych wiosną tego roku i tak była niedoszacowana. Jak mówił, giełdy odnotowują duże zyski pomimo rekordowego bezrobocia, ponieważ państwo obiecało pomoc największym giełdowym ”graczom”. W lutym na rynkach pojawiła się panika i słynny indeks SP500 stracił w ciągu miesiąca mniej więcej jedną trzecią wartości, czyli odnotował prawdopodobnie największy spadek przynajmniej od czasu II wojny światowej. W ekspresowym tempie opracowano więc program ratowania gospodarki, który gwarantował wsparcie w różnych formach, opiewające w sumie na ponad 6 bilionów dolarów, czyli równowartość mniej więcej 30% amerykańskiego PKB. Jest to więc pakiet pomocowy przewyższający ten związany ze słynnym Nowym Ładem. Jak dodał Tomek, należy pamiętać, że sytuacja ta jest bezprecedensowa także dlatego, że pomoc rządowa w latach trzydziestych była wprowadzana przez szereg różnych ustaw, a nie – tak jak dzisiaj – przez jednorazowe „wstrzyknięcie” bilionów dolarów do gospodarki.

Informacja o wprowadzeniu tego pakietu spowodowała natychmiastowe odbicie na giełdzie.

Indeksy odnotowały więc wzrost, ponieważ niskie bezrobocie nie jest warunkiem koniecznym do tego, aby notowane na giełdzie firmy zarabiały pieniądze. Wystarczy, że dostaną one bezpośrednie dofinansowanie z budżetu państwa. Do tego mogą bardzo tanio zaciągać kredyty, które FED de facto wykupi.

„FED w tej chwili skupuje obligacje przedsiębiorstw, co się nie zdarzyło od czasów II wojny światowej. W tym momencie nie ma znaczenia, że reszta gospodarki sobie nie radzi. Po prostu te firmy dostały tak duże wsparcie od budżetu państwa, że nie potrzebują tego, żeby ludzie kupowali ich produkty.” – mówił Tomek.

Miliony Amerykanów bez ubezpieczenia

Zapytany o to, czy jest to zjawisko korzystne, nasz ekspert odpowiedział, że może to być dobre rozwiązanie z punktu widzenia prezesa wielkiej korporacji, ale nie pomoże ono zwykłym Amerykanom. Jak przypominał, w Stanach utrata pracy powoduje brak dostępu do służby zdrowia. Szacuje się, że od czasu wybuchu recesji dostęp do służby zdrowia straciło 5 milionów ludzi. W USA osoba ubezpieczona w normalnej sytuacji pokrywa sama część kosztów usług medycznych, a częściowo jest odciążana przez ubezpieczyciela. Dzięki nowemu rozwiązaniu wprowadzonemu w ramach pomocy rządowej, koszty leczenia osoby zakażonej COVID-19 i objętej ubezpieczeniem w całości pokryje państwo. Osoby nieubezpieczone pozostają jednak wciąż bez ochrony i płacą stawki rynkowe.

Jak mówił Tomek, dużym echem w mediach obiła się sprawa mężczyzny, który w wyniku choroby zapadł w śpiączkę, spędził w niej miesiąc i po wybudzeniu otrzymał rachunek na 800 tysięcy dolarów. Sytuacja osób nieubezpieczonych ulega zmianie na bieżąco, wraz z powiększaniem przez rząd wsparcia w ramach programu Medic Aid. Pojawienie się medialnych historii o ogromnych rachunkach za ochronę zdrowia skutkuje często wprowadzaniem nowych regulacji mających pomóc osobom nieubezpieczonym. Jak jednak zauważa nasz ekspert, wprowadzane prowizorycznie rozwiązania nie zmienią faktu, że 40 milionów Amerykanów nie jest objętych ubezpieczeniem zdrowotnym, a kolejne trzydzieści tysięcy jest ubezpieczonych na bardzo niewielką kwotę i właściwie pozostawionych samym sobie w obliczu pandemii. Jak gorzko stwierdził nasz ekspert, trudno cieszyć się z zysków kilku większych korporacji, kiedy 70 milionów osób może pozostać bez opieki zdrowotnej w obliczu śmiertelnej choroby.

W kontekście zbiegających się w czasie z pandemią protestów na tle rasowym nie sposób także zignorować faktu, że wśród Afroamerykanów bezrobocie jest o około 4 punkty procentowe większe niż wśród białych Amerykanów, więc właśnie ta grupa silniej odczuwa negatywne konsekwencje ekonomiczne recesji. Jak mówił nasz ekspert, luka płacowa na tle rasowym w Stanach wynosi jakieś 10-15% w przypadku osób o porównywalnych cechach demograficznych, np. o tym samym poziomie wykształcenia i rejonie zamieszkania.

Ostatnie dwie dekady w Stanach stracone dla klasy średniej

Jak mówił Tomek, w ostatnich dekadach gospodarka dynamicznie się rozwijała, ale przeciętna rodzina jest w tym samym miejscu, w którym była 20 lat temu. Jednocześnie typowy dochód osób z 1% najlepiej zarabiających od lat osiemdziesiątych wzrósł mniej więcej trzy razy. Jeśli więc najbogatsi tak bardzo się wzbogacili, a mediana pozostawała praktycznie bez zmian, to można wywnioskować, że realny dochód osób najsłabiej zarabiających był na tym samym poziomie co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, albo zmalał.

„To oznacza, że pojawia się taki rozkład, gdzie z jednej strony mamy bardzo bogatych ludzi, a z drugiej strony olbrzymią część społeczeństwa, która relatywnie biednieje, na to się nakładają te wszystkie podziały rasowe (…). [T]o jakby zostawić garnek z wodą na ogniu – prędzej czy później on wybuchnie.” – mówił Tomek.

Jak zauważył, są to problemy mocno akcentowane w dyskursie akademickim, ale pochylenia się nad nimi unika klasa polityczna. Rozwiązania tych kwestii nie ułatwia fakt, że w mediach często w roli ekspertów do spraw gospodarczych występują osoby bez wykształcenia ekonomicznego. Dzieje się tak, ponieważ pracownicy akademiccy w swojej pracy rozliczani są z publikacji w źródłach typowo naukowych, a ich ewentualna działalność związana z popularyzacją nauki nie prowadzi do awansu zawodowego ani nie jest wynagradzana finansowo. Naukowcy zwyczajnie nie mają więc na nią czasu.

Nowszy Ład?

Pytany o różnice między obecnie wprowadzanym przez USA pakietem pomocowym a słynnym Nowym Ładem, Tomek wyjaśniał, że nowe regulacje wprowadzane są „na ślepo” i niedopracowane, na przykład nie zawierają rozwiązań umożliwiających kontrolowanie, w jaki sposób wydawane są środki przyznane przez państwo.

„Podejrzewam, że Amerykanie za pół roku obudzą się z tym, że te biliony dolarów się zmarnowały, wielkie korporacje te pieniądze przejadły lub wykorzystały po to, żeby się utrzymać, ale czy to się przełoży na zwiększenie zatrudnienia, zapewnienia pracy zwykłym ludziom – ja tutaj jestem bardzo sceptyczny. To jest też opinia FED-u. Jerome Powell (Przewodniczący Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej – przyp. red.) wprost mówi, że on się nie spodziewa pełnego powrotu do normalności przed rokiem 2021. Tylko oczywiście w mediach się o tym nie mówi.” – podsumował.

W odpowiedzi na uwagę, że Stany są wzorcem dla reszty świata, Tomek stwierdził, że to się może zmienić. „W najbliższym czasie ludzie będą patrzeć nie tylko na politykę gospodarczą, ale też na to, jak różne kraje radziły sobie z wirusem. W Europie w większości krajów chyba udało nam się tego wirusa opanować (…). Natomiast w USA w czwartek padł rekord liczby nowych zakażeń, po raz pierwszy przekroczył on granicę 40 tysięcy. W tej chwili Amerykanie są w tym samym miejscu, gdzie byli na przełomie marca i kwietnia. Muszą się poważnie zastanowić, czy nie zamknąć na nowo gospodarki,. (…) Ale giełdy rosną. (…) [M]oże ten kryzys spowoduje u niektórych zmianę postrzegania tej kwestii – to, że giełdy rosną, to chyba nie jest wszystko.”

Jak zauważył Tomek, stosunek dochodów najbogatszego procenta do dolnych dziewięćdziesięciu procent jest dzisiaj na poziomie z lat dwudziestych, co może się wiązać z ogromnymi tarciami społecznymi. „Pamiętajmy, że Wielki Kryzys to nie tylko problemy ekonomiczne, po których nastąpił czas dobrobytu, ale po drodze mieliśmy też rozkwit faszyzmu, drugą wojnę światową i osiemdziesiąt milionów ofiar. Mnie się palą lampki alarmowe. Co z tym dalej będzie – nie wiem. Wydaje mi się, że taki system nie może być stabilny w długim okresie. Wydaje mi się, że musi nastąpić jakaś zmiana prędzej czy później, bo to się po prostu zacznie sypać.” – mówił

Pytany o to, co musi się zmienić, aby nastąpiła poprawa sytuacji, wymienił przede wszystkim nierówności dochodowe, które zaczęły narastać od czasów Reagana. Jak mówił, może to oznaczać, że niektóre z dawnych reform należy „odkręcić”. Warto na przykład wrócić do silnej pozycji pracownika na rynku pracy. Celem przedsiębiorstwa nie powinna być jedynie prosta maksymalizacja zysku, należy brać pod uwagę sytuację wszystkich stron, na które działalność przedsiębiorstwa ma wpływ.

„Możemy poświęcić część zysku żeby zmniejszyć zanieczyszczenie środowiska. W Stanach jest taki mit, że od czasów Reagana państwo przestało być aktywne gospodarczo. Ten mit jest w połowie prawdziwy, tzn. państwo przestało wspierać pewne grupy społeczne czy działy gospodarki, ale jeśli spojrzeć na ilość wydatków, to państwo wcale nie jest mniejsze. Nie wiem, czy państwo wiedzą, ale np. dług publiczny w Stanach rośnie nieprzerwanie od lat 80, z wyjątkiem tylko drugiej kadencji Billa Clintona. Nie ma znaczenia, czy rządzą Demokraci, czy Republikanie – dług rośnie. Państwo cały czas jest duże, ale wydaje na rzeczy, na które nie powinno wydawać. Zamiast np. wyrzucać kolejne miliardy dolarów na boeinga, należy myśleć raczej o rzeczach jak oświata, infrastruktura. Może warto też powiedzieć – jest stan nadzwyczajny, może wreszcie zainwestujemy te miliardy dolarów, euro, złotówek w zieloną gospodarkę – możemy np. zatrudniać ludzi do tego, żeby ocieplali domy, możemy zainwestować w panele słoneczne, elektrownie jądrowe. Możemy więc pobudzać gospodarkę, jednocześnie inwestując w przyszłość, np. w ekologię i w lokalne społeczności.”

Cała rozmowa wraz z wypowiedziami dr Kuźmy-Markowskiej z Ośrodka Studiów Amerykańskich UW dostępna jest na stronie radia TOK FM. Serdecznie polecamy!

Tags: , , ,

Leave a Reply