Wojna w Iranie nie cieszy się przychylnością Amerykanów

przez Tomasz Makarewicz

Dr Tomasz Makarewicz w audycji TOK 360 na antenie Radia TOK FM mówi o politycznych kosztach wojny prowadzonej przez Donalda Trumpa przeciw Iranowi, reakcji amerykańskich wyborców oraz o tym, jak Demokraci próbują wykorzystać tę sytuację.

Adam Ozga: Prezydent USA Donald Trump ma żal do sojuszników, że nie zdecydowali się pomóc w odblokowaniu cieśniny Ormuz. Jednocześnie trudno powiedzieć, by konsekwentnie realizował swoją dawną narrację o unikaniu wojen i zasługiwaniu na pokojową Nagrodę Nobla. Pojawia się więc pytanie, czy ta wojna, która chyba nie przebiega tak, jak się spodziewał, odbija się na jego notowaniach w Stanach Zjednoczonych.

dr Tomasz Makarewicz: Tak. Gdy spojrzymy na kolejne sondaże, widać, że ta wojna nie jest popularna i większość Amerykanów jest jej przeciwna. Trzeba jednak dodać dwa zastrzeżenia.

Po pierwsze, bardzo dużo zależy od tego, jak dokładnie zadamy pytanie. Problem polega też na tym, że administracja Trumpa nie komunikuje jasno, jakie właściwie są cele tej operacji wojskowej. Można się już zastanawiać, czy nie należałoby tego po prostu nazwać wojną. Kontrowersje budzi dziś choćby kwestia ewentualnej obecności wojsk lądowych, czyli słynnych „boots on the ground”. Jeśli miałoby dojść do inwazji lądowej, to pojawia się pytanie: w jakim zakresie?

Jeżeli pytanie brzmi ogólnie: „Czy popiera pan lub pani politykę Trumpa wobec Iranu?”, to najbardziej korzystny dla Trumpa sondaż, jaki widziałem, przeprowadził Fox News. Tam Amerykanie podzielili się właściwie po równo: połowa była za, połowa przeciw. Ale kiedy zaczynamy pytać o konkretne działania, na przykład o inwazję lądową, poparcie gwałtownie spada.

Po drugie, bardzo wyraźnie widać, że opinie na temat tej wojny układają się niemal idealnie wzdłuż podziałów politycznych. Około 90 proc. demokratów jest przeciwko tej wojnie, natomiast co najmniej 80 proc. republikanów ją popiera, czasem nawet więcej. Co więcej, zaraz po rozpoczęciu konfliktu pojawił się bardzo ciekawy sondaż dotyczący wyborców MAGA. Dwie trzecie z nich nie tylko popierało tę wojnę, ale robiło to wręcz entuzjastycznie.

Czyli jeśli nie zostanie przekroczona granica interwencji lądowej, to być może Trump nie ma się czego obawiać w polityce wewnętrznej? Skoro ten podział przebiega tak równo, to gdzie właściwie jest problem?

Są dwa problemy. Pierwszy to wyborcy niezależni, którzy zwykle decydują o wyniku kolejnych wyborów. Oni również są przeciwko tej wojnie. Obecnie to mniej więcej dwie trzecie tej grupy. To zresztą wpisuje się w szerszy obraz, bo Trump generalnie radzi sobie w sondażach słabo. Jak mówią Amerykanie, jest mniej więcej 20 punktów procentowych „pod wodą”. Oznacza to, że niecałe 60 proc. Amerykanów ocenia go negatywnie, a tylko około 40 proc. pozytywnie.

Przed nami wybory cząstkowe i sondaże są na tyle złe, że zaczyna się mówić o możliwości utraty przez republikanów miejsca w Senacie z Teksasu. Jeszcze pół roku temu byłoby to polityczne science fiction.

Drugi problem jest bardziej historyczny. Poparcie dla wojen zazwyczaj na początku bywa wysokie, a dopiero później spada. Tak było choćby w przypadku wojny w Iraku. Dwadzieścia lat później prawie nikt nie chce się przyznać, że ją popierał. W tej chwili ruch MAGA rzeczywiście stoi murem za Trumpem. Nie oszukujmy się też: to ruch w dużej mierze oparty na kulcie jednostki i przekonaniu o genialnym przywództwie Trumpa.

Ale trzeba obserwować, co będzie się działo, gdy zaczną się materializować negatywne skutki tej wojny. Już teraz ceny benzyny w Stanach wzrosły mniej więcej o jedną czwartą. To widać na stacjach benzynowych. Za chwilę Amerykanie odczują to również podczas codziennych zakupów. Pytanie brzmi: co będzie dalej? Nie sądzę, żeby ruch MAGA rozsypał się natychmiast, ale to może być pierwszy kamyk, który poruszy lawinę.

A demokraci mają pomysł na tę sytuację? Zarówno na to, jak wykorzystać ją politycznie, jak i na to, jak przebić bańkę MAGA, która jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z kultem jednostki, może być bardzo trudna do naruszenia.

Tak, to oczywiście bardzo trudne, zwłaszcza w czasach mediów społecznościowych, które sprzyjają polaryzacji i zamykaniu się ludzi w informacyjnych bańkach. Mam jednak wrażenie, że demokraci koncentrują się przede wszystkim na wyborcach niezależnych, bo wiedzą, że to jest łatwiejsze i że to im może wystarczyć do odzyskania władzy.

Tym bardziej że dziś nie ma jednego, naturalnego przywództwa demokratów w Waszyngtonie. Za około dwa lata rozpoczną się prawybory prezydenckie, a w tej chwili właściwie nie wiadomo jeszcze, kto w nich wystartuje. Nie widać też wyraźnych liderów poszczególnych skrzydeł Partii Demokratycznej. Dlatego myślę, że demokraci skupiają się przede wszystkim na własnych wyścigach wyborczych i na próbie przyciągnięcia wyborców niezależnych.

Powyższy wpis powstał na podstawie wypowiedzi dr. Tomasza Makarewicza w radiu TOK.FM. Zapraszamy do odsłuchu rozmowy.


Teksty takie jak ten powstają dzięki wsparciu naszych patronów. Jeśli nasza misja jest Ci bliska, możesz zostać jednym z nich lub zachęcić do tego znajomych.

Podobne opinie i ekspertyzy

Strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego jej działania oraz korzystania z narzędzi analitycznych, reklamowych i społecznościowych. Akceptuję Polityka prywatności